Przyznaję - na pewien czas mam dość filmów. Czuję, że zaniedbałam seriale, których też czeka na mnie ogromna ilość (życia mi nie starczy, jak tak dalej pójdzie...), więc dziś przedstawiam ostatnią na ten moment recenzję. Nie mam pojęcia, ile mnie tu nie będzie - myślę, że zejdzie co najmniej miesiąc, jednak nie mam pewności.
James (John Travolta) i Mollie (Kirstie Alley) doczekali się córeczki. Mała siostrzyczka jest ogromną zmianą w świecie rosnącego Mikeya - rodzice nie poświęcają mu już tyle czasu, co kiedyś. W dodatku maluch zaczyna odkrywać nocnik, co samo w sobie jest już stresujące. Co zrobią rezolutne maluchy, by pogodzić rodziców, którzy chyba zapomnieli o wzajemnym uczuciu i wciąż się kłócą?
Chyba się zakochałam w tej serii i mówię całkowicie poważnie. Tutaj sprawdza się zasada "im więcej, tym lepiej" - więcej słodkich brzdąców dalej podwójnie uroczy efekt. Mam wrażenie, że ten film skupia się bardzo na dzieciach, a dużo mniej na ich rodzicach, ale to całkiem fajnie wychodzi - dzięki temu mamy jakąś odmianę, a nie powtórkę z rozrywki. Relacje i wszelkie kontakty Julie i Mikeya są... Po prostu urocze, inaczej się tego nie da nazwać. Uważam, że pomysł z podkładaniem głosów jest trafiony w dziesiątkę, to daje możliwość dla tak wielu gagów i zabawnych dialogów! Do tego przesłanie filmu wciąż jest ciekawe i aktualne. Dla mnie to całkiem przyjemna komedia, która jest godnym sequelem swojej popularnej pierwszej części. Polecam serdecznie na odstresowanie - gadające dzieci działają cuda.
wtorek, 29 sierpnia 2017
niedziela, 27 sierpnia 2017
"Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie" czyli pomieszanie z poplątaniem
Dziś trochę o filmie, który ostatnio obejrzałam po raz drugi. Na początku miałam świetne wrażenie i takie też mi zostało - wspominałam "Milion sposobów..." jako naprawdę zabawną komedię, która rozbawiła mnie do łez. Nic więc dziwnego, że nieco bałam się ją zobaczyć po raz drugi - co, jeśli nie jest taka, jaką ją zapamiętałam?
Albert (Seth MacFarlane) nie ma zbyt wiele szczęścia - jest niezbyt bystrym pasterzem owiec, które bez przerwy mu uciekają, rodzice niezbyt go doceniają, a w dodatku rzuca go jego ukochana Louise (Amanda Seyfried). Mężczyzna myśli o opuszczeniu znienawidzonego Dzikiego Zachodu, kiedy do miasta sprowadza się piękna Anna (Charlize Theron). Albert zaprzyjaźnia się z kobietą nie mając pojęcia, że jest ona żoną najsłynniejszego zabijaki w okolicy - przerażającego Clincha (Liam Neeson).
Nie wiem w sumie czego oczekiwałam, ale wiem, że okrutnie się zawiodłam. Za drugim razem film wydał mi się miałki, ale przede wszystkim... Prymitywny i obrzydliwy. Konwencja całości była całkiem ciekawa - oto mamy Dziki Zachód, gdzie wszystko próbuje człowieka zabić, ludzie giną na festynie i w sumie już dawno populacja miasteczka przestała się przejmować, że kojoty rozszarpują ciało burmistrza. Te sytuacje często nawet wywołują uśmiech czy też chichot, jednak zaraz dostajemy na twarz żartami o seksie, wypróżnianiu się, a dla odmiany jeszcze o seksie - wszystkie zaserwowane w obrzydliwie wulgarny sposób, który przyprawia po piątym razie o odruch wymiotny. Chyba jedyną prawdziwie zabawną sceną była ta, w której Neil Patrick Harris tańczy do piosenki o wąsach - poważnie, gdyby nie ta postać oceniałabym film o wiele surowiej. Jednak widać, że Seth MacFarlane chciał pojechać na tym, co tak wielu ludzi "urzekło" w "Tedzie" - na wulgarnej rozrywce i żartach, których subtelności i humoru nie powstydziłby się gimnazjalista. Żal aż, że Theron i Neeson w tym zagrali - ich postaciom na szczęście się aż tak nie oberwało i wypadają całkiem sympatycznie, jednak... Kiedy już człowiek zaczyna się dobrze bawić to obrywa na przykład litanią, jak to Albert "mieszka" w waginie Anny. Naprawdę? To jest to, co powinno mnie bawić w komedii? Nie zrozumcie mnie źle - ja jestem fanką "American Pie", nie mam kija w tyłku i rozumiem raz na jakiś czas dwuznaczny żart czy odrobinę niesmacznych tematów. Jeśli jest to w równowadze z resztą scenariusza i nie jest jedynym, co reżyser wpycha widzowi do gardła, to zazwyczaj wychodzi to nawet fajnie. Tu jednak do czynienia mamy z drugą opcją i to niestety nie działa. Co na plus? Obsada, bo jednak Theron jest urocza, Neeson jest świetnym postrachem, a Harris jest absolutnie cudowny. Całkiem przyjemnie słucha się tu też muzyki, która dość zgrabnie buduje klimat. Szkoda, że mało ambitny scenariusz wszystko zepsuł, bo ten film miał potencjał - same wydarzenia, choć lekko przewidywalne, mają w sobie coś ciekawego i przyciągają przed ekran. Cóż, szkoda.
Albert (Seth MacFarlane) nie ma zbyt wiele szczęścia - jest niezbyt bystrym pasterzem owiec, które bez przerwy mu uciekają, rodzice niezbyt go doceniają, a w dodatku rzuca go jego ukochana Louise (Amanda Seyfried). Mężczyzna myśli o opuszczeniu znienawidzonego Dzikiego Zachodu, kiedy do miasta sprowadza się piękna Anna (Charlize Theron). Albert zaprzyjaźnia się z kobietą nie mając pojęcia, że jest ona żoną najsłynniejszego zabijaki w okolicy - przerażającego Clincha (Liam Neeson).
Nie wiem w sumie czego oczekiwałam, ale wiem, że okrutnie się zawiodłam. Za drugim razem film wydał mi się miałki, ale przede wszystkim... Prymitywny i obrzydliwy. Konwencja całości była całkiem ciekawa - oto mamy Dziki Zachód, gdzie wszystko próbuje człowieka zabić, ludzie giną na festynie i w sumie już dawno populacja miasteczka przestała się przejmować, że kojoty rozszarpują ciało burmistrza. Te sytuacje często nawet wywołują uśmiech czy też chichot, jednak zaraz dostajemy na twarz żartami o seksie, wypróżnianiu się, a dla odmiany jeszcze o seksie - wszystkie zaserwowane w obrzydliwie wulgarny sposób, który przyprawia po piątym razie o odruch wymiotny. Chyba jedyną prawdziwie zabawną sceną była ta, w której Neil Patrick Harris tańczy do piosenki o wąsach - poważnie, gdyby nie ta postać oceniałabym film o wiele surowiej. Jednak widać, że Seth MacFarlane chciał pojechać na tym, co tak wielu ludzi "urzekło" w "Tedzie" - na wulgarnej rozrywce i żartach, których subtelności i humoru nie powstydziłby się gimnazjalista. Żal aż, że Theron i Neeson w tym zagrali - ich postaciom na szczęście się aż tak nie oberwało i wypadają całkiem sympatycznie, jednak... Kiedy już człowiek zaczyna się dobrze bawić to obrywa na przykład litanią, jak to Albert "mieszka" w waginie Anny. Naprawdę? To jest to, co powinno mnie bawić w komedii? Nie zrozumcie mnie źle - ja jestem fanką "American Pie", nie mam kija w tyłku i rozumiem raz na jakiś czas dwuznaczny żart czy odrobinę niesmacznych tematów. Jeśli jest to w równowadze z resztą scenariusza i nie jest jedynym, co reżyser wpycha widzowi do gardła, to zazwyczaj wychodzi to nawet fajnie. Tu jednak do czynienia mamy z drugą opcją i to niestety nie działa. Co na plus? Obsada, bo jednak Theron jest urocza, Neeson jest świetnym postrachem, a Harris jest absolutnie cudowny. Całkiem przyjemnie słucha się tu też muzyki, która dość zgrabnie buduje klimat. Szkoda, że mało ambitny scenariusz wszystko zepsuł, bo ten film miał potencjał - same wydarzenia, choć lekko przewidywalne, mają w sobie coś ciekawego i przyciągają przed ekran. Cóż, szkoda.
"Myśl jak facet" czyli jak znaleźć partnera idealnego?
Dziś jeden z moich ulubionych filmów. Oglądałam go już chyba ze cztery razy i pewnie obejrzę jeszcze kilka kolejnych - po prostu nigdy mi się nie nudzi. Drodzy państwo - dziś dowiemy się, jak się myśli po męsku.
Historia skupiająca się na perypetiach czterech par, które próbują odnaleźć porozumienie w codziennych sprawach. Jeremy (Jerry Ferrara) i Kristen (Gabrielle Union) są parą od collage'u i kobieta jest już znudzona brakiem zmian w ich życiu. Mya (Meagan Good) ma dość mężczyzn, którzy po nocy z nią nie pamiętają jej imienia. Kiedy poznaje Zeke'a (Romany Malco) obiecuje sobie, że tym razem będzie inaczej. Candance (Regina Hall) szuka nie tylko partnera, ale także ojca dla swojego syna. Czy Michael (Terrence Jenkins), który sam jest synkiem mamusi podoła temu zadaniu? Dominic (Michael Ealy) to marzyciel, który nie do końca jeszcze wie, czego chce od życia. Jedno jednak wie na pewno - Lauren (Taraji P. Henson) jest warta jego starań.
W ostatnich latach mnożą się filmy, których akcja prowadzona jest w taki wielowątkowy sposób - "To właśnie miłość" czy choćby nasze rodzime "Listy do M" są tego najlepszym przykładem. I ja to jak najbardziej kupuję, bo jeśli to sprawnie połączyć taka historia daje świetne możliwości - automatycznie jest więcej bohaterów, więcej historii, więcej potencjalnych komediowych sytuacji (bo przecież zawsze bohaterowie mniej lub bardziej się znają, a to można wykorzystać). W moim mniemaniu "Myśl jak facet" to poradnik jak nakręcić tego typu film - kilka krótszych scen, trochę dłuższych, zgrabne spięcie klamrą tematyczną i wszystko pięknie się napędza. Ja osobiście uwielbiam każdą jedną opowieść tej produkcji - kocham ich humor, urok i różnorodność. Niby wszystkie o tym samym, ale jednak pokazują to z zupełnie różnych stron! Wiele tu życiowych sytuacji, poza tym z tego filmu wypływa bardzo prawdziwa lekcja - manipulacja nigdy nie jest rozwiązaniem, za to świetnie spisują się szczerość i otwartość. Wydaje mi się, że w dobie głupawych i niesmacznych komedii ta jest całkiem niezłą alternatywą. Nie powiem, że to wybitne kino, bo tak nie jest, ale nie zmienia faktu, że to jeden z moich ukochanych filmów i z całego serca go polecam.
Historia skupiająca się na perypetiach czterech par, które próbują odnaleźć porozumienie w codziennych sprawach. Jeremy (Jerry Ferrara) i Kristen (Gabrielle Union) są parą od collage'u i kobieta jest już znudzona brakiem zmian w ich życiu. Mya (Meagan Good) ma dość mężczyzn, którzy po nocy z nią nie pamiętają jej imienia. Kiedy poznaje Zeke'a (Romany Malco) obiecuje sobie, że tym razem będzie inaczej. Candance (Regina Hall) szuka nie tylko partnera, ale także ojca dla swojego syna. Czy Michael (Terrence Jenkins), który sam jest synkiem mamusi podoła temu zadaniu? Dominic (Michael Ealy) to marzyciel, który nie do końca jeszcze wie, czego chce od życia. Jedno jednak wie na pewno - Lauren (Taraji P. Henson) jest warta jego starań.
W ostatnich latach mnożą się filmy, których akcja prowadzona jest w taki wielowątkowy sposób - "To właśnie miłość" czy choćby nasze rodzime "Listy do M" są tego najlepszym przykładem. I ja to jak najbardziej kupuję, bo jeśli to sprawnie połączyć taka historia daje świetne możliwości - automatycznie jest więcej bohaterów, więcej historii, więcej potencjalnych komediowych sytuacji (bo przecież zawsze bohaterowie mniej lub bardziej się znają, a to można wykorzystać). W moim mniemaniu "Myśl jak facet" to poradnik jak nakręcić tego typu film - kilka krótszych scen, trochę dłuższych, zgrabne spięcie klamrą tematyczną i wszystko pięknie się napędza. Ja osobiście uwielbiam każdą jedną opowieść tej produkcji - kocham ich humor, urok i różnorodność. Niby wszystkie o tym samym, ale jednak pokazują to z zupełnie różnych stron! Wiele tu życiowych sytuacji, poza tym z tego filmu wypływa bardzo prawdziwa lekcja - manipulacja nigdy nie jest rozwiązaniem, za to świetnie spisują się szczerość i otwartość. Wydaje mi się, że w dobie głupawych i niesmacznych komedii ta jest całkiem niezłą alternatywą. Nie powiem, że to wybitne kino, bo tak nie jest, ale nie zmienia faktu, że to jeden z moich ukochanych filmów i z całego serca go polecam.
środa, 23 sierpnia 2017
"Wild child" czyli 101 post!
Wow wow! Nie wierzę, że napisałam tu już równe 100 postów! Mam nadzieję, że czyta wam się je dobrze... Jeśli macie jakieś sugestie lub życzenia to jestem jak najbardziej otwarta i chętnie przyjmę wszystkie!
Dziś kilka zdań o filmie "Wild Child. Zbuntowana księżniczka", który obejrzałam na specjalne życzenie.
Poppy (Emma Roberts) to zbuntowana dziewczyna z Malibu. Uważa, że wszystko jej wolno, a każdy wybryk ujdzie jej na sucho. Dość takiego zachowania ma jej ojciec, który w końcu postanawia utemperować nieco córkę... Wysyłając ją do statecznej i tradycyjnej żeńskiej szkoły w dalekiej Anglii. Od tej pory Poppy ma jeden cel - wydostać się stamtąd. Czy jednak nowe przyjaciółki i - przede wszystkim - przystojny Freddie (Alex Pettyfer) nie zmienią jej postanowienia?
To jeden z tych filmów dla nastolatek, który opowiada o nowej sytuacji i próbach dopasowania, jednak wszyscy wiemy, że temat taki można przedstawić w sposób ciekawy lub jako kolejny z wielu. Jak to wyszło tutaj? Muszę przyznać, że całkiem zgrabnie, choć... Cóż, nie jestem fanką Poppy, jako bohaterki. Jest irytująca, nadęta, ma się ją ochotę wystawić za okno i kazać stać na deszczu - ot dla samej satysfakcji zniszczenia jej markowych rzeczy. Każdy moment, w którym dostaje po głowie przyjmowałam z niesamowitą radością... Jednak dobre jest to, że ta dziewczyna naprawdę się uczy, przetwarza i w końcu rozumie. Widz też może poznać ją lepiej i odkryć, że jej zachowanie to poza, a tak naprawdę nie jest taka zła. Tu zdecydowane gratulacje dla Emmy Roberts, która całą tę przemianę uczyniła wiarygodną i przekonującą - dziewczyna spisała się po prostu świetnie.
Jednak mam wrażenie, że siłą tego filmu są postaci drugoplanowe. Juno Temple w roli roztrzepanej Drippy jest moim absolutnym numerem jeden, kocham tę postać! Ale poza tym mamy też Natashę Richardson w roli pani dyrektor - sprawiedliwej, momentami surowej, ale przede wszystkim kochanej - a także Georgię King, grającą największą zołzę w szkole. Każda z tych postaci jest inna, każda jednak wywołuje emocje, jest charakterystyczna i świetnie zarysowana. Wiadomo, że nie jest to szczyt subtelności i złożonego charakteru, ale przecież nie w tym rzecz - mają być takie, by widz je zapamiętał i to się świetnie udało.
Ogólnie "Wild child" to mocno pozytywny film, który z pośród wielu "takich samych", ma "coś innego". Nie powiem, że to wybitne dzieło kinematografii, ale hej! Zmusiło mnie do roześmiania się w głos, a to już całkiem nieźle! Nie jest też aż tak infantylna, jak to często ma miejsce w innych tego typu produkcjach. Warto obejrzeć, nawet kiedy ma się już trochę więcej niż te "naście" lat.
Dziś kilka zdań o filmie "Wild Child. Zbuntowana księżniczka", który obejrzałam na specjalne życzenie.
Poppy (Emma Roberts) to zbuntowana dziewczyna z Malibu. Uważa, że wszystko jej wolno, a każdy wybryk ujdzie jej na sucho. Dość takiego zachowania ma jej ojciec, który w końcu postanawia utemperować nieco córkę... Wysyłając ją do statecznej i tradycyjnej żeńskiej szkoły w dalekiej Anglii. Od tej pory Poppy ma jeden cel - wydostać się stamtąd. Czy jednak nowe przyjaciółki i - przede wszystkim - przystojny Freddie (Alex Pettyfer) nie zmienią jej postanowienia?
To jeden z tych filmów dla nastolatek, który opowiada o nowej sytuacji i próbach dopasowania, jednak wszyscy wiemy, że temat taki można przedstawić w sposób ciekawy lub jako kolejny z wielu. Jak to wyszło tutaj? Muszę przyznać, że całkiem zgrabnie, choć... Cóż, nie jestem fanką Poppy, jako bohaterki. Jest irytująca, nadęta, ma się ją ochotę wystawić za okno i kazać stać na deszczu - ot dla samej satysfakcji zniszczenia jej markowych rzeczy. Każdy moment, w którym dostaje po głowie przyjmowałam z niesamowitą radością... Jednak dobre jest to, że ta dziewczyna naprawdę się uczy, przetwarza i w końcu rozumie. Widz też może poznać ją lepiej i odkryć, że jej zachowanie to poza, a tak naprawdę nie jest taka zła. Tu zdecydowane gratulacje dla Emmy Roberts, która całą tę przemianę uczyniła wiarygodną i przekonującą - dziewczyna spisała się po prostu świetnie.
Jednak mam wrażenie, że siłą tego filmu są postaci drugoplanowe. Juno Temple w roli roztrzepanej Drippy jest moim absolutnym numerem jeden, kocham tę postać! Ale poza tym mamy też Natashę Richardson w roli pani dyrektor - sprawiedliwej, momentami surowej, ale przede wszystkim kochanej - a także Georgię King, grającą największą zołzę w szkole. Każda z tych postaci jest inna, każda jednak wywołuje emocje, jest charakterystyczna i świetnie zarysowana. Wiadomo, że nie jest to szczyt subtelności i złożonego charakteru, ale przecież nie w tym rzecz - mają być takie, by widz je zapamiętał i to się świetnie udało.
Ogólnie "Wild child" to mocno pozytywny film, który z pośród wielu "takich samych", ma "coś innego". Nie powiem, że to wybitne dzieło kinematografii, ale hej! Zmusiło mnie do roześmiania się w głos, a to już całkiem nieźle! Nie jest też aż tak infantylna, jak to często ma miejsce w innych tego typu produkcjach. Warto obejrzeć, nawet kiedy ma się już trochę więcej niż te "naście" lat.
wtorek, 22 sierpnia 2017
"Godziny szczytu III" czyli Europo, witaj!
Nie wierzę, że obejrzałam wszystkie trzy części, wiecie? Nie wierzę, że tak bardzo każda jedna mi się podobała...
Tym razem inspektor Lee (Jackie Chan) i detektyw Carter (Chris Tucker) muszą odkryć, kto stoi za próbą zabójstwa ambasadora Chin. Ich śledztwo doprowadzi ich aż do Paryża, gdzie staną oko w oko z Triadami, a także osobistymi wspomnieniami, które niekoniecznie będą łatwe, do ujarzmienia.
Nie ma co się rozpisywać - to po prostu świetna komedia, nie ustępująca zupełnie poprzednim częściom. Dzięki zachowaniu wciąż tych samych aktorów postaci mają swój oryginalny styl i humor, który bawi za każdym razem. Nie wiem dalej, kto kazał Tuckerowi tańczyć, ale zrobił to chyba jakiś geniusz, bo wystarczył sam początek filmu, żebym zaczęła się śmiać jak wariatka. Sceny akcji są ciekawe, samo dochodzenie zresztą też, wplątany jest w to wątek osobistych kłopotów Lee, który też wypada świetnie i dodatkowo komplikuje i tak już pokręconą sytuację. Nie wiem w sumie, czy ta część nie podobała mi się nawet bardziej niż druga.... I nawet trochę mi żal, że to już koniec, bo sequele wciąż trzymały poziom. W każdym razie polecam obejrzeć całą serię, bo nie ma tu poczucia "odgrzewanego kotleta", a to już bardzo wiele!
Nie ma co się rozpisywać - to po prostu świetna komedia, nie ustępująca zupełnie poprzednim częściom. Dzięki zachowaniu wciąż tych samych aktorów postaci mają swój oryginalny styl i humor, który bawi za każdym razem. Nie wiem dalej, kto kazał Tuckerowi tańczyć, ale zrobił to chyba jakiś geniusz, bo wystarczył sam początek filmu, żebym zaczęła się śmiać jak wariatka. Sceny akcji są ciekawe, samo dochodzenie zresztą też, wplątany jest w to wątek osobistych kłopotów Lee, który też wypada świetnie i dodatkowo komplikuje i tak już pokręconą sytuację. Nie wiem w sumie, czy ta część nie podobała mi się nawet bardziej niż druga.... I nawet trochę mi żal, że to już koniec, bo sequele wciąż trzymały poziom. W każdym razie polecam obejrzeć całą serię, bo nie ma tu poczucia "odgrzewanego kotleta", a to już bardzo wiele!
"Życie nie gryzie" czyli w tydzień do dorosłości
Założyłam sobie kiedyś, że obejrzę pełną filmografię kilku moich ulubionych aktorów. Zresztą, możecie to zauważyć, kiedy pojawia się kilka pod rząd filmów z Jackiem Nicholsonem - to znak, że mam jedną ze swoich faz. Tym razem wypadło na Chloe Grace Moretz, więc po "Sils Maria" (której recenzję znajdziecie tutaj) zapraszam na "Życie nie gryzie".
Megan (Keira Knightley) od dziesięciu lat żyje właściwie tak samo. Wciąż nie wie, co chce robić w życiu, pracuje u ojca, spotyka się z tym samym chłopakiem. Kiedy na weselu przyjaciółki Anthony (Mark Webber) się oświadcza, Megan wpada w zupełną panikę i ucieka. Tak spotyka Annikę (Chloe Grace Moretz) - nieco zagubioną szesnastolatkę mieszkającą tylko z ojcem (Sam Rockwell). Między dwiema kobietami nawiązuje się szczera przyjaźń, która może zupełnie pozmieniać całe życie Megan.
Wiecie co? To całkiem niezły film. Temat jest ciekawy - strach przed wchodzeniem w dorosłość u, tak naprawdę, dorosłej już kobiety, do tego powiązany z młodzieńczymi problemami Anniki gwarantują kilka zabawnych sytuacji. aktorzy stają na wysokości zadania i ogólnie wszystko gra, ale... Czegoś tu brak. Może wyrazistości, może mocniejszego zaakcentowania morału? A może po prostu scenarzysta nie miał pomysłu? Nieco zawiodłam się, kiedy ktoś próbiwał mnie przekonać, iż Megan dorosła. Czy aby na pewno? Przez tydzień kobieta ukrywa się przed światem, zwodzi wszystkich, kłamie, by na koniec odkryć samą siebie. Świetnie, gratuluję, tylko... Dlaczego? Co takiego sprawia, że Megan zaczyna rozumieć? Film nam właściwie tego nie pokazuje i to jest chyba największy problem. Poza tym brak po prostu "tego czegoś", co by przyciągnęło do ekranu. Keira jest urocza, Chloe zresztą też, ale to nie są występy, z których będzie się je bardzo pamiętać. To poprawny film, który momentami wywołuje uśmiech, ale raczej nie zapadnie mi w pamięci na długo.
Megan (Keira Knightley) od dziesięciu lat żyje właściwie tak samo. Wciąż nie wie, co chce robić w życiu, pracuje u ojca, spotyka się z tym samym chłopakiem. Kiedy na weselu przyjaciółki Anthony (Mark Webber) się oświadcza, Megan wpada w zupełną panikę i ucieka. Tak spotyka Annikę (Chloe Grace Moretz) - nieco zagubioną szesnastolatkę mieszkającą tylko z ojcem (Sam Rockwell). Między dwiema kobietami nawiązuje się szczera przyjaźń, która może zupełnie pozmieniać całe życie Megan.
Wiecie co? To całkiem niezły film. Temat jest ciekawy - strach przed wchodzeniem w dorosłość u, tak naprawdę, dorosłej już kobiety, do tego powiązany z młodzieńczymi problemami Anniki gwarantują kilka zabawnych sytuacji. aktorzy stają na wysokości zadania i ogólnie wszystko gra, ale... Czegoś tu brak. Może wyrazistości, może mocniejszego zaakcentowania morału? A może po prostu scenarzysta nie miał pomysłu? Nieco zawiodłam się, kiedy ktoś próbiwał mnie przekonać, iż Megan dorosła. Czy aby na pewno? Przez tydzień kobieta ukrywa się przed światem, zwodzi wszystkich, kłamie, by na koniec odkryć samą siebie. Świetnie, gratuluję, tylko... Dlaczego? Co takiego sprawia, że Megan zaczyna rozumieć? Film nam właściwie tego nie pokazuje i to jest chyba największy problem. Poza tym brak po prostu "tego czegoś", co by przyciągnęło do ekranu. Keira jest urocza, Chloe zresztą też, ale to nie są występy, z których będzie się je bardzo pamiętać. To poprawny film, który momentami wywołuje uśmiech, ale raczej nie zapadnie mi w pamięci na długo.
poniedziałek, 21 sierpnia 2017
"Titan - Nowa Ziemia", czyli trochę podstarzała animacja
Lubię animacje. Chociaż zazwyczaj pozostaję wierną fanką Disneya to nie zamykam się i oglądam wszystko, co mi się nawinie. Muszę jednak przyznać, że do tej pory Fox Animation Studios kojarzyło mi się tylko i wyłącznie z "Anastazją". Nie miałam pojęcia, że stworzyli też "Titana"!
W roku 3028 Ziemia zostaje kompletnie zniszczona na skutek inwazji Obcych. Nieliczni przedstawiciele ludzkiej rasy uciekli i od tej pory tułają się po kosmosie, nie mogąc sobie znaleźć prawdziwego domu. Nastolatek Cale nie wierzy, że ktokolwiek może przywrócić Ziemię. Kiedy odnajduje go dawny przyjaciel jego ojca postanawia jednak udać się wraz z nim na poszukiwania legendarnego Titana - statku, który zbudował ojciec Cale'a, zanim umarł. To właśnie chłopak jest do niego kluczem - ma bowiem mapę, bez której znalezienie celu jest niemożliwe. Jednak Obcy nie zamierzają dopuścić do odnalezienia Titana...
Zacznę może od tego, że to naprawdę nie jest zła animacja... Ale jednak wiele jej brakuje. Przede wszystkim się zestarzała i to niestety widać. Choć wciąż projekty planet i ich komputerowe wykonanie może wywoływać podziw, to sposób, w jakim połączono elementy "narysowane" z tymi zrobionymi za pomocą techniki... Cóż, boli. Po prostu boli, razi w oczy i drażni, przynajmniej mnie. W dodatku patrząc na model twarzy, gestów, mimiki głównego bohatera wciąż widziałam Dymitra z "Anastazji"... Fabuła jest całkiem ciekawa, może nieco jak "Planeta skarbów", ale dużo dojrzalsza i bardziej mroczna... A jednak wydaje mi się, że ma jeden, podstawowy błąd - już sam tytuł zdradza zakończenie. Od początku w sumie wiemy, dokąd to wszystko zmierza, a przez to nie sposób się zaangażować na serio. Cale jest w dodatku irytującym, napuszonym dzieciakiem, którego nic nie obchodzi - to typ bohatera, którego wprost nie znoszę. Jasne, potem przechodzi przemianę, zmienia się, ale niesmak pozostaje. Całość relacji między postaciami jest budowana szybko i niechlujnie - mam uwierzyć w wielkie uczucie Cale'a? Dlaczego? Przecież on i jego dziewczyna mają może jedną dłuższą rozmowę. To, co naprawdę się tu udało to na pewno sceny walk i akcji - poprowadzone z pomysłem i przy wykorzystaniu niebanalnych, kosmicznych technologii/postaci/miejsc prezentują się świetnie i dają dużo rozrywki. Ogólnie to całkiem niezła bajka (może trochę bardziej "męska"), którą można obejrzeć, ale nie uważam, żeby był to konieczny tytuł do poznania.
W roku 3028 Ziemia zostaje kompletnie zniszczona na skutek inwazji Obcych. Nieliczni przedstawiciele ludzkiej rasy uciekli i od tej pory tułają się po kosmosie, nie mogąc sobie znaleźć prawdziwego domu. Nastolatek Cale nie wierzy, że ktokolwiek może przywrócić Ziemię. Kiedy odnajduje go dawny przyjaciel jego ojca postanawia jednak udać się wraz z nim na poszukiwania legendarnego Titana - statku, który zbudował ojciec Cale'a, zanim umarł. To właśnie chłopak jest do niego kluczem - ma bowiem mapę, bez której znalezienie celu jest niemożliwe. Jednak Obcy nie zamierzają dopuścić do odnalezienia Titana...
Zacznę może od tego, że to naprawdę nie jest zła animacja... Ale jednak wiele jej brakuje. Przede wszystkim się zestarzała i to niestety widać. Choć wciąż projekty planet i ich komputerowe wykonanie może wywoływać podziw, to sposób, w jakim połączono elementy "narysowane" z tymi zrobionymi za pomocą techniki... Cóż, boli. Po prostu boli, razi w oczy i drażni, przynajmniej mnie. W dodatku patrząc na model twarzy, gestów, mimiki głównego bohatera wciąż widziałam Dymitra z "Anastazji"... Fabuła jest całkiem ciekawa, może nieco jak "Planeta skarbów", ale dużo dojrzalsza i bardziej mroczna... A jednak wydaje mi się, że ma jeden, podstawowy błąd - już sam tytuł zdradza zakończenie. Od początku w sumie wiemy, dokąd to wszystko zmierza, a przez to nie sposób się zaangażować na serio. Cale jest w dodatku irytującym, napuszonym dzieciakiem, którego nic nie obchodzi - to typ bohatera, którego wprost nie znoszę. Jasne, potem przechodzi przemianę, zmienia się, ale niesmak pozostaje. Całość relacji między postaciami jest budowana szybko i niechlujnie - mam uwierzyć w wielkie uczucie Cale'a? Dlaczego? Przecież on i jego dziewczyna mają może jedną dłuższą rozmowę. To, co naprawdę się tu udało to na pewno sceny walk i akcji - poprowadzone z pomysłem i przy wykorzystaniu niebanalnych, kosmicznych technologii/postaci/miejsc prezentują się świetnie i dają dużo rozrywki. Ogólnie to całkiem niezła bajka (może trochę bardziej "męska"), którą można obejrzeć, ale nie uważam, żeby był to konieczny tytuł do poznania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






