piątek, 3 lutego 2017

"Nowy początek" czyli lingwistyczna zagadka

Przyznaję szczerze - w momencie, kiedy ten film pojawił się w kinach kompletnie nie miałam ochoty go oglądać. Zainteresowanie nie było zbyt wielkie a produkcja nijak mnie do siebie nie przyciągała, więc po prostu przeszłam nad nią do porządku dziennego. Kiedy spojrzałam więc na listę nominacji do Oskara i zobaczyłam "Nowy początek" jako jedną z pozycji przeżyłam lekki szok. No ale dobrze, pomyślałam, zobaczmy, co nam zafundował Denis Villeneuve.
Wybitna lingwistka Louise (Amy Adams) dostaje propozycję nie do odrzucenia - wojsko oferuje jej pomoc przy porozumieniu się z kosmitami, którzy przysłali na Ziemię dwanaście swoich statków, ulokowanych w różnych miejscach globu. Każde państwo, na terenie którego pojawił się pojazd, działa niejako autonomicznie, USA chce przede wszystkim dowiedzieć się jaki jest cel wizyty. Pomóc ma jej fizyk Ian (Jeremy Renner). Już podczas pierwszej wizyty okazuje się, że zadanie będzie trudne - kosmici porozumiewają się za pomocą znaków, tak więc by ich zrozumieć trzeba się naprawdę napracować...
Wiele osób zachwyca się faktem, że film nie bazuje tylko i wyłącznie na efektach specjalnych. Muszę się z tym zgodzić, bo faktycznie są one ograniczone do minimum i głównie służą tylko i wyłącznie popchnięciu fabuły do przodu. Ja zaliczam ten fakt na plus, ale niestety cała reszta... Aktorzy się bronią, choć mam wrażenie, że miewali już swoje lepsze role. Cały plot twist jest może i ciekawy, ale bardzo źle poprowadzony i jeszcze gorzej nakreślony. Film niedostatecznie dobrze wyjaśnia kwestie lingwistyki (dla mnie jest to akurat temat obcy), przez co jedyne co mogę powiedzieć to "aha, ok", kiedy poznajemy kolejne objawienia głównej bohaterki. Po raz kolejny mamy też film, który bawi się czasem, przedstawia go jako nielinearny, ale z drugiej strony mam wrażenie, że jest to zrobione okropnie niechlujnie - z jednej strony obcy widzą czas inaczej niż my, z drugiej film sugeruje, że przyszłość jest tylko jedna i niezależna od naszych wyborów. Ostatecznie bohaterka staje przed wyborem i, moim zdaniem, wybiera naprawdę najgorszą i najgłupszą możliwą opcję. Dlaczego? NIE MAMY POJĘCIA. Film ani przez moment nie wyjaśnia, dlaczego Loise podejmuje taką a nie inną decyzję, co nią kieruje, jakie ma motywacje? To sprawia, że nie dość, że nie możemy jej zrozumieć, a tym samym jakkolwiek uszanować jej wyboru, to jawi nam się on jako kompletnie nieważny.
Plus... Wybaczcie, muszę. UWAGA SPOILER! Kiedy Louise chce przekonać Chiny, by nie atakowały obcych powtarza chińskiemu generałowi słowa, które wypowiedziała jego umierająca żona. Powtarza jest w jego rodzinnym języku i tu pojawia się mój zarzut - nie mam pojęcia, czy to moja wersja, czy tak było też w kinowej, ale nie ma tłumaczenia tego, co mówi Louise! Nigdy się nie dowiadujemy, co przekonało generała i dlaczego! To sprawia, że musimy uwierzyć filmowi na słowo, a to okropne uproszczenie ze strony scenarzystów. Nie mam pojęcia, jak to wygląda w książce, na podstawie której jest film, ale tutaj to nie zdało egzaminu.
Film oceniam na 5/10 ze względu na liczne uproszczenia i niedostateczne wytłumaczenie wątków. To tak, jakby "Interstellar" nie wyjaśniał nam swoich astrofizycznych teorii, tylko kazał uwierzyć na słowo. Absolutnie nie rozumiem nominacji do głównej nagrody oskarowej, ze względu na scenariusz... Ciężko mi powiedzieć, nie zachwycił mnie jakoś specjalnie. Scenografia moim zdaniem ustępuje zarówno "Fantastycznym zwierzętom" jak i "La La Land", zdjęcia są porządne, ale czy wybitne? Ogólnie... Cóż, film nie zapadnie mi pewnie bardzo w pamięci i raczej szybko o nim zapomnę, nie rozumiem zachwytów.

czwartek, 2 lutego 2017

Top 10 najgorszych tekstów klientów

Dziś nieco nietypowo. Planowałam (i w sumie mam w połowie przygotowane) zestawienie najlepszych horrorów... Ale dzisiejszy dzień w pracy tak mnie zabił, że postanowiłam nieco zmodyfikować swoje plany. Oto więc przed wami! Jedyne i niepowtarzalne! Top 10 najbardziej bezczelnych, denerwujących i chamskich tekstów, jakimi na co dzień raczą nas klienci! Może zobaczycie wśród nich coś, co sami stosujecie... Wiedzcie wtedy, że są to rzeczy, które kasjera doprowadzają do szału i lądujecie na czarnej liście.

10. "Ja poproszę popcorn z mniejszą ilością soli"
Pozornie - nic w tym złego. Tylko, że to zazwyczaj pada w weekend, kiedy kolejki ciągną się aż do drzwi. I wtedy pojawia się problem - czy naprawdę ktoś sądzi, że zrobimy specjalną porcję popcornu dla jednej osoby? No niestety, nie ma takiej opcji. Ja osobiście daję potencjalnemu klientowi spróbować produkt - uwierzcie, że zazwyczaj o dziwo smakuje i nie ma problemu. Więc czy nie lepiej od razu poprosić o próbkę?

9. "Dlaczego tak mało?!"
Awantury o to, dlaczego nakładamy tak mało popcornu/nachosów są absolutną normą. Pragnę więc zaznaczyć, że nie robimy tego z wrodzonej złośliwości, tylko mamy takie właśnie wytyczne! Ciekawostka - mamy na koniec miesiąca bardzo dokładną inwentaryzację. Sprawdzamy między innymi ilość nachosów, jako, że każda tacka ma mieć określoną wagę. Wiecie, co się dzieje, kiedy są straty? Trzeba za nie zapłacić. Kto płaci? Pracownicy, oczywiście. Tak więc jeśli uważacie, że czegoś jest za mało a. nie kupujcie, b. napiszcie skargę do centrali. I nie zadręczajcie tym kasjera, bo poważnie - co mamy odpowiedzieć?

8. "Czy jak mam rezerwację to muszę stać w kolejce?!"
Ja dalej nie wierzę, że to zdanie pada. Średnio co piąty klient w weekend o to pyta, oczywiście wysoko urażonym tonem i z miną świadczącą o głębokim zranieniu. Ja rozumiem, że nikt nie lubi stać w kolejkach. Poważnie, wiem. Ale skąd przekonanie, że rezerwacja automatycznie nominuje cię na VIPa? Rezerwacja daje ci możliwość wcześniejszego zajęcia miejsc, a nie bycia obsłużonym poza kolejką. Może jeszcze osobne wejście do sali? Naprawdę po szóstej godzinie za kasą odechciewa się bycia miłym, wiec kiedy się słyszy coś takiego jedyne co się ciśnie na usta to "tak, k*rwa".

7. "A czy pani mi może zarezerwować miejsca w X?"
W moim mieście kina mojej sieci są dwa. Oddalone od siebie bagatela o jakieś 15 kilometrów. Nie mam pojęcia dlaczego ludzie uznają nas za jakąś jedną całość, jakbyśmy byli bliźniętami, które mogą się telepatycznie komunikować, w każdym razie zadziwiająco często otrzymujemy pytanie, czy nie moglibyśmy może zamówić/sprzedać biletów do drugiego kina. Ludzie, my nawet repertuar mamy inny! Skąd to się bierze? Przecież jak się idzie do Pizzy Hut i zamawia pizzę to nie oczekuje się, że podadzą ją w drugim lokalu!

6. "Płacę to wymagam!"
Sądzę, że to doprowadza do szału nie tylko w kinie, ale też w restauracjach czy supermarketach. Nie muszę chyba tego wyjaśniać - to jest zwyczajnie chamskie i pełne buty, sprowadza automatycznie osobę obsługującą do roli podnóżka, sługi, który ma pana zadowolić za wszelką cenę. Jasne, że płacisz, wcale nie mało bardzo często. Ale to nie oznacza, że ci się należy wszystko (patrz punkt 8). Płacisz za towar, jeżeli go otrzymujesz to nie masz żadnego prawa do marudzenia. Awanturowanie się, że popcorn jest zimny, kiedy się go kupiło 40 minut temu, albo że ciasto jest paskudne, kiedy się je skończyło jeść naprawdę... Nie stawia w dobrym świetle.

5. "Dlaczego tak drogo?!"
To jest pytanie stare jak świat i dalej nikt nie odkrył, jaka jest na nie odpowiedź. Nie zdziwię was chyba, jeśli powiem, że to nie kasjer ustala ceny - jednak ludzie bardzo często o tym zapominają i wydzierają się na nas, oburzeni faktem, ile pieniędzy muszą u nas zostawić. Nie twierdzę, że bilety czy popcorn są tanie. Ale ja nic na to poradzić nie mogę. A swoją drogą to często powalają mnie ludzie, którzy najpierw wezmą dla każdego członka rodziny osobny popcorn (kiedy dużo lepiej byłoby kupić jeden większy), dodatkowo napój, dodadzą jeszcze jakieś słodycze... I potem zdziwienie, że rachunek na dwie stówy. Ciekawe za co...

4. "Ale ja jadę z S!"
Tak. Ludzie naprawdę cholernie często uważają, że należy im się specjalne traktowanie, bo jadą z sąsiedniej miejscowości (swoją drogą oddalonej o jakieś piętnaście minut). Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale tylko dzisiaj usłyszałam to trzy razy.

3. "Dlaczego pani mi nie chce zrobić rezerwacji w czasie przedsprzedaży?!"
Jest taka zasada, że kiedy prowadzona jest przedsprzedaż na jakiś film to nie rezerwujemy miejsc na dany seans. Klient może zakupić dowolną liczbę biletów w kasie lub przez internet, ale nie ma mowy o rezerwacji. Powtarzamy to niestrudzenie za każdym razem a mimo to wciąż i wciąż ludzie mają o to pretensje. To naprawdę nie jest nasz wymysł, lecz dystrybutora, który tak a nie inaczej sobie zażyczył! Czas przedsprzedaży też zależy od niego (w przypadku Greya to już jest chyba miesiąc).

2. "Kto panią zatrudnił?!"
. . . O mój Boże, aż mi ciśnienie skoczyło, kiedy to napisałam. Naprawdę, nie wyobrażam sobie chyba bardziej chamskiego tekstu. Stoi przede mną kompletnie obcy mi człowiek, którego widzę pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz w życiu. I właśnie on będzie oceniał moją pracę. Będzie oceniał, czy ruszam się dostatecznie szybko, czy nie wykonuję zbędnych ruchów, jak nakładam jego cholerne jedzenie i czy przypadkiem nie nalałam mu mililitr picia za mało. To jest zachowanie tak pozbawione empatii i ludzkich odruchów jak tylko się da. Nie mówiąc już o tym, że często coś nie jest moją winą - jeśli zacięła się drukarka do biletów to niestety nie mam odpowiedniej wiedzy, żeby ją naprawić i choćbym stanęła na rzęsach nie dam rady tego zrobić. To i tak jest dla mnie stres - nie muszę jeszcze słyszeć, jak bardzo beznadziejna jestem.

1. "Przecież ja miałem rezerwację!"
Mój absolutny numer jeden. Już wyjaśniam dlaczego. Kojarzycie ten mail, który potwierdza dokonanie rezerwacji? Tam jest taka przyjemna informacja "prosimy odebrać rezerwację minimum 30 minut przed rozpoczęciem seansu. Rezerwacja może zostać później usunięta". I przyznaję - zazwyczaj tego nie robimy. Naprawdę nie. Ale kiedy na dany film są tłumy, sala zajęta rezerwacjami, a w kolejkach wciąż ludzie, którzy chcą kupić bilety z marszu... Wtedy się zdarza. I tak zazwyczaj robimy to maks 10 minut przed seansem. Mimo wszystko zdarzają się ludzie, którzy wpadają pięć minut po rozpoczęciu filmu i z wrzaskiem oznajmiają mi, że przecież oni mieli rezerwację, dlaczego nie ma ich miejsc?! To zazwyczaj łączy się z punktem 4, ale często też pada inne zdanie - "przecież jeszcze lecą reklamy, dlaczego skasowaliście rezerwację?" Naprawdę, to jest coś, na co do dzisiaj nie znalazłam odpowiedzi.

I proszę bardzo! To jest właśnie moje zestawienie absolutnie najgorszych rzeczy, jakich przyszło mi słuchać. Czuję, że dziś nadrobiłam moje ostatnie lenistwo, tak więc zadowolona odmeldowuję się i zostawiam was z zapowiedzią rychłej recenzji "Nowego początku"!
Trzymajcie się!

środa, 1 lutego 2017

"Split" czyli wiele osobowości jednego filmu

Wczoraj dramat, dziś wycieczka do kina z bratem. Młody wybrał nam "Split" - psychologiczny thriller w reżyserii Shyamalana. Cóż... Osoba reżysera nie wiem, czy bardziej mnie odrzucała czy zachęcała - z jednej strony to autor "Szóstego zmysłu", który ogromnie mi się podobał... Z drugiej on zgwałcił "Ostatniego władcę wiatru", a to jest niedopuszczalne. Szłam więc na seans pełna złych przeczuć i nadziei równocześnie, targana kompletnie sprzecznymi emocjami.

Kevin (James McAvoy) nosi w swoim ciele 23 osobowości. Każda z nich jest zupełnie inna, ma inne poglądy i nawyki. Problem pojawia się, kiedy dwie z nich, dotąd tłumione zaczynają dominować i chcą dopuścić do głosu 24. osobowość - Bestię. Dennis (osobowość typowego pedanta z nerwicą natręctw, którego słabością są nagie, tańczące dziewczyny) porywa trzy nastolatki, by stały się Świętym Pokarmem dla Bestii. Przez cały film obserwujemy kilka osobowości Kevin - wspomnianego już Dennisa, Barry'ego (nieco ekscentrycznego geja, zafascynowanego modą, który do tej pory trzymał w ryzach wszystkich swoich "braci"), panią Patricię (. . . Ok, przyznaję się, ona mnie przerażała ze swoim dobrotliwym uśmiechem... Zwłaszcza, że wcale miła nie była) czy Hedwiga (dziewięcioletniego chłopca, który nie chce, by ktokolwiek więcej się z niego śmiał). Niektórzy narzekają, że jest ich za mało, ale ja zawsze uważam, że lepiej się skupić na kilku rzeczach i zrobić je porządnie niż po łebkach omówić ich milion. McAvoy radzi sobie świetnie - każda z osobowości zagrana jest zupełnie inaczej, po samej mimice aktora można poznać, z kim aktualnie mamy do czynienia. Gorzej wypadają porwane dziewczęta - najważniejsza jest Casey (Anya Taylor-Joy), która w sumie jest tam przez przypadek i to na niej skupia się film, pokazując kolejne retrospekcje z jej dzieciństwa. Sama aktorka... No cóż, drażniła mnie okrutnie. Ona wciąż ma tę samą minę, nieważne w jakiej sytuacji się znajduje! Jej postać jest najbardziej racjonalna ze wszystkich dziewczyn i momentami jej zachowania są całkiem sprytne (kiedy na przykład próbuje zaprzyjaźnić się z Hedwigiem, aby pomógł jej uciec), ale absolutny brak mimiki i gry aktorskiej nie pomaga jej polubić.
Koniec filmu jest dość przewidywalny, ale nie oszukujmy się - nie chodzi tu o zwroty akcji czy zaskoczenie tylko o psychologię postaci. Całość podsuwa nam pytania - czy kolejne osobowości to osobne istoty? Na ile są niezależne? Czy możliwe, że jest to wyższy stan ewolucji, lepsze wykorzystanie ludzkiego mózgu? Na ile powinno się tępić osobowości, a na ile pozwolić im "żyć" samodzielnie? I choć Bestia jest przedstawiona jako wcielone zło to po zakończeniu filmu pytania pozostają, reżyser nie odpowiada na nie wprost. Przecież nie każda osobowość Kevina była okrutna, on sam również nie był raczej złym człowiekiem - jedynie przeżył traumę, która wyzwoliła w nim to zaburzenie. Czy więc powinno się zabić ich wszystkich, czy może pozwolić żyć? Wszak nie da się wyeliminować tylko tych "złych" - zawsze jest możliwość, że "staną one w świetle".
Co muszę jeszcze podać na minus - żałuję, że film nie dał nam szerszej "genezy" tożsamości. Dowiadujemy się jak powstał Dennis, ale cała reszta pozostaje zagadką. Szkoda, bo to byłoby ciekawe, do czego Kevin potrzebował takich a nie innych konkretnych cech.
Muszę powiedzieć, że byłam mile zaskoczona. Choć całość ma wady to jest to coś nowego i świeżego, tematyka jest raczej dość oryginalna (przynajmniej ja nie trafiłam chyba na podobną produkcję). W każdym razie - 7/10, naprawdę warto obejrzeć, nawet jeśli młode aktorki są kłodami drewna.

"Słodki listopad" czyli płacz, płacz i jeszcze raz płacz

Kiedy mój chłopak wybiera filmy to są dwie opcje - albo film sprawia, że płaczę, albo jest wojenny i wtedy się nudzę. Tym razem mieliśmy pierwszą opcję... Sama prawdopodobnie nigdy bym na niego nie trafiła, bo sam opis kompletnie mnie nie pociągał, ale nie żałuję, że go obejrzałam.

"Słodki listopad" opowiada o pracoholiku Nelsonie (Keanu Reeves), który teoretycznie ma wszystko - pieniądze, świetną pracę, piękną narzeczoną. Jednak tak naprawdę nie żyje w pełni - pieniądze nie mają dla niego znaczenia, praca jest całym jego życiem, nie docenia ukochanej. Kiedy więc spotyka szaloną i spontaniczną Sarę (Charlize Theron) zupełnie się nie dogadują. Kobieta proponuje mu, by został jej Listopadem - ma z nią zamieszkać na miesiąc, a ona pomoże mu zacząć cieszyć się każdym dniem. Początkowo mężczyzna jest sceptyczny - sami musicie przyznać, że pomysł brzmi co najmniej ekscentrycznie. Zgadza się jednak, kiedy jego dziewczyna odchodzi a z pracy go wyrzucają.
Choć łatwo się domyśleć, co z tego wyniknie - początkowa niechęć przeradza się w ogromne uczucie - całość przedstawiona jest dość uroczo. Początek jest dziwny, zwłaszcza zachowanie Sary wydaje się irracjonalne, kobieta bowiem jest wręcz zbyt szalona i narwana, jej reakcje są przesadnie entuzjastyczne. Nieco nierealne jest też to, jak łatwo oboje wchodzą w bliskość fizyczną i emocjonalną - w ciągu kilku godzin od obcych przechodzą do bycia kochankami. Tak jak jednak pisałam - jest uroczo, przyjemnie się ogląda jak bohaterowie zakochują się w sobie. Jednak po początkowej sielance zaczynamy dostrzegać, że nie wszystko jest idealnie - Sara zaczyna coraz gorzej wyglądać, zachowuje się dziwnie, jest wciąż zmęczona (świetna Theron, naprawdę zagrała to bardzo przekonująco). Nie trzeba dużo sprytu, by zrozumieć, że jest poważnie chora...
Film jest absolutnym gwałtem na emocjach i uczuciach widza - tak bardzo ostatnio płakałam na "Love story" bo to film w bardzo podobnym stylu - prosto, konkretnie i potwornie smutno. O ile początek nawet trochę mnie nudził (przeszkadzało mi trochę, jak bardzo to jest nierealne, że dwójka obcych staje się tak sobie bliskimi tak szybko), tak końcówka rozwaliła mnie na łopatki i zostawiła łkającą przez następne piętnaście minut. Nie, nie jest to wybitna kinematografia, ale bywa zabawnie i sądzę, że wielu paniom się spodoba. A i ponowie znajdą tu coś dla siebie. Ogólnie to 7/10.

niedziela, 29 stycznia 2017

"La La Land" czyli to, co kocham w musicalach!

Co mogę powiedzieć? Wiecie, jak bardzo czekałam na ten film, wspominałam o tym kilka razy. Nie zawiodłam się, absolutnie wcale!
Czternaście nominacji do Oskara! Dla mnie całkowicie zasłużonych. Przede wszystkim film ma absolutnie wszystko, co dobry musical mieć powinien - jest lekki, ma piękną muzykę, świetną choreografię. Szczerze, to spodziewałam się nawet, że zakończenie będzie typowo bajkowe, ale to nieprawda! Film ma o wiele więcej do zaoferowania, cały jest tak naprawdę słodko-gorzki.
Zacznijmy jednak od początku - fabuła. O co chodzi? W Los Angeles czasów współczesnych żyją Mia (Emma Stone) i Sebastian (Ryan Gosling), para marzycieli, którzy jednak wcale nie robią tego, na co mieliby ochotę. Ona chce być aktorką, a także pisać własne scenariusze, a zamiast tego jest baristką w kawiarni, on zaś bardzo pragnie założyć swój klub jazzowy, ale żeby w ogóle opłacić rachunki gra do kotleta. Wpadają na siebie w przypadkowych sytuacjach i są sobą nawzajem oczarowani - ona jego muzyką, a on jej energią i radością. Razem postanawiają spełnić swoje marzenia, jednak wcale nie jest tak pięknie jak się wydawać mogło... Mnie osobiście wydarzenia filmu porwały, jednak nie nie wiem, czy Akademia je doceni - ostatnio mam wrażenie, że biorą wszystko co poważne, pompatyczne i ważne, a tu tak naprawdę fabuła jest tłem do pięknych scen, w których ważna jest subtelna gra świateł i których tak naprawdę nie bierze się na serio.
Aktorzy. Oboje dostali nominację, ale ja muszę przyznać, że dużo bardziej podobała mi się Emma Stone - naprawdę podziwiam to, jak potrafi grać samą twarzą, każda jej mina wyraża naprawdę dużo. Gosling jest w porządku, bardzo dobrze pokazał rozterki pomiędzy wiernością swoim ideałom, a... No cóż, potrzebie przeżycia. Emma jednak gra postać, z którą dużo bardziej można się utożsamić - jest marzycielką, ale czasem dopada ją pesymizm, boi się, ale odpowiednio wspierana potrafi wzbić się na wyżyny, kocha całym sercem, śni o wielkiej miłości, ale z drugiej strony odnajduje się też w rzeczywistości.
Reżyseria! TAK. Jedno wielkie TAK. Film nakręcony jest PRZEPIĘKNIE, niektóre sceny nawiązują do starych filmów, ale są one tak dobrze wkomponowane w całość filmu, że kompletnie nie rażą. Sceny taneczne - majstersztyk, wszystko można pięknie obserwować, nie ma chaosu, który tak często ostatnio obserwujemy. Osobiście zakochałam się w scenie z obserwatorium - absolutnie boska, zarówno pod względem oświetlenia, jak i efektów. Praca kamery bardzo mi się podobała, ujęcia wydają się naprawdę przemyślane i różnorodne.
Muzyka. Kolejny, olbrzymi plus dla filmu. Wychodząc z kina nuciłam zarówno piosenki, jak i zwykłe melodie, które nam towarzyszą podczas oglądania. Na milion procent ściągnę soundtrack, bo słuchanie go jest czystą przyjemnością. Mamy nie tylko kawałki jazzowe (ja osobiście uwielbiam ten typ muzyki, choć nie słucham go zbyt często), ale też romantyczne ballady grane na pianinie. Co do konkretnych piosenek... Aż dwie dostały nominację - "Audition" i "City of stars". O ile druga mnie również bardzo się spodobała to pierwsza... Nie jest zła, ale bardziej podobała mi się "Lovely night". Powiedzmy sobie szczerze - ani Gosling ani Stone nie są wybitnymi śpiewakami. Radzą sobie, ich głosy nie drażnią, on brzmi nawet lepiej niż ona. Oczywiście, że nie jest to poziom Pierce'a Brosnana w "Mamma Mia" czy Russella Crowe w "Nędznikach", ale mimo wszystko ich solowe piosenki nie są szczególnym objawieniem. Przyjemne - tak. Do posłuchania w aucie - jak najbardziej. Ale zasługujące na Oskara? No cóż, nie dla mnie.
Ok, teraz pojedziemy już dość skrótowo - scenografia jest prześliczna, tak samo jak kostiumy, a zdjęcia autentycznie wywołują ślinotok. Jak już pisałam - film w kwestiach wizualnych jest arcydziełem, nie można od niego oderwać wzroku.
Podsumowując - mocne TAK. 9/10 jak nic. Nie szukajcie tu jednak zwrotów akcji, bo wszystko toczy się raczej powoli, możemy obserwować jak postaci się poznają, zakochują, a potem radzą z rzeczywistością. Można się zachwycić warstwą artystyczną, muzyką, kostiumami, rozwiązaniami gry świateł (mnie osobiście bardzo spodobał się motyw z wygaszaniem całego tła i pozostawianiem tylko oświetlonych bohaterów, pięknie pokazuje ich zafascynowanie sobą nawzajem), myślę też, że można z niego wyciągnąć coś więcej, jakieś przesłanie, ale równie dobrze można obejrzeć ot tak, dla przyjemności. Gorąco polecam!

sobota, 28 stycznia 2017

O nauczycielach słów kilka

Dziś odrobinę o nauczycielach i dlaczego stali się moją znienawidzoną grupą zawodową. Zacznijmy od tego, jak działa otwieranie kina - pierwszy seans mamy zazwyczaj na 10, co oznacza, że o 9 cała załoga jest na miejscu gotowa do pracy. Na kawiarni, gdzie spędziłam ostatnie zmiany, najważniejsze jest włączenie ekspresu, żeby się nagrzał i nalanie wody do warnika, aby zdążyła się zagotować. Potem po kolei wykładamy ciasta do witryny, wystawiamy towar na półki, przygotowujemy sobie syropy, jakieś posypki itp. W tym samym czasie na barze podgrzewają popcorn, wyjmują słodycze, obsługa szykuje sobie mopy i okulary 3D. Ogólnie wszystko zajmuje nam około 40 minut.
Sytuacja zmienia się zupełnie, kiedy wchodzi grupa szkolna. Zacznijmy od tego, że co to jest za wredna mania zamawiania sobie zupełnie osobnego seansu?! Dzwoni taka roszczeniowa pani, która oznajmia, że ona musi mieć seans najpóźniej o 9, najlepiej to gdzieś koło 8:15. Może jeszcze frytki do tego?! Mi też zdarzało się chodzić do kina z klasą, ale albo robiliśmy to w trakcie lekcji dostosowując się do repertuaru, albo chodziliśmy w ogóle po zajęciach. Także często dowiadujemy się dzień przed pracą, że musimy jednak przyjść na godzinę 8. Trudno, zdarza się czasem... Nie jest to wygodne, bo automatycznie wszyscy są niewyspani, otwieranie w takich warunkach jest dwa razy dłuższe. To jednak jest dopiero początek.
Liczebność grup jest różna, czasem to jest 20 osób, czasem ponad 100. To daje nam od dwóch do dziesięciu nauczycieli... Myślicie, że powinni przecież panować nad dziećmi, pilnować, żeby nie narobiły bałaganu czy zniszczeń? Marzenia ściętej głowy, naprawdę. Zazwyczaj panie są zainteresowane faktem, aby jak najszybciej odebrać bilety a potem usiąść i wypić kawę, przecież tak okrutnie się zmęczyły w drodze do kina. Co dobrego mają u nas nauczyciele? Darmowy bilet (wchodzą jako opieka), darmową kawę, dodatkowo dostają jeszcze kupony, które pozwalają im potem kupić tańsze bilety. Moim zdaniem to aż za dużo, biorąc pod uwagę, że przecież jeszcze dostają za to pieniądze, bo formalnie są w pracy.
Jak już wspominałam - siedziałam ostatnio sporo na kawiarni. Co chwila miałam więc przy kasie nauczycielki, które wołały o kawę. I tu zaczyna się cyrk - kawa dla nauczycieli to nie jest ta sama kawa, którą dajemy klientom, co moim zdaniem jest w sumie logiczne. Panie opiekunki dostają zwykłą rozpuszczalną, ewentualnie z mlekiem. Kiedy więc ich wzrok dostrzeże puszkę podnosi się raban - JAK TO? Jak możecie tak na nas oszczędzać?! Doprawdy, jakie to dziwne, że nie dajemy wam ot tak kawy, która kosztuje więcej, niż możecie to sobie wyobrazić? Jeśli ktoś ma ochotę na taką z ekspresu to proszę, to jest menu, 6,5 za zwykłą czarną. Awantury o to, dlaczego nie chcemy dać im sypanej herbaty, tylko wciskamy takie zwyczajne, z torebki - na porządku dziennym. Wrzaski, dlaczego kawa ma tylko 200 mililitrów, ona by chciała większą - norma. Uwierzcie, to nie tak, że jestem wredna i daję im tak mało kawy - takie mamy wytyczne, a szczerze mówiąc ja bym im w ogóle nie dała niczego widząc, jak się zachowują. Ostatnio pani po spróbowaniu kawy walnęła papierowym kubkiem o blat, tak, że zalała rzeczony blat i przy okazji ochlapała mnie. Dlaczego? Bo jak można coś takiego dawać ludziom, przecież to obrzydliwe! Boże, babo, dostajesz to za darmo! Pracownicza kawa jest identyczna, nigdy nie słyszałam, żeby ktoś marudził!
Sytuacja konkretna - do koleżanki przyszły cztery nauczycielki, ja akurat zmywałam jej naczynia, tak więc ze zmywaka słyszałam wszystko. Dwie pierwsze kobiety poprosiły o kawę czarną - taką też dostały. Kolejne podeszły i wywiązuje się dialog:
Nauczycielka: To ja poproszę dwie kawki z mleczkiem.
Koleżanka: Świetnie, zaraz zrobię. - Tu odwraca się w stronę warnika i puszki z kawą.
N: Moment, to jest rozpuszczalna?
K: No tak, zgadza się, to jest kawa nauczycielska.
N: Och, no dobrze... Ale tu koleżanki mówią, że nie dostały mleczka do kawy!
K: Bo panie prosiły o kawę czarną...
N (tonem świadczącym o tym, że rozmawia ze skończoną idiotką): Pani wybaczy, ale nie każdy rozumie takie fachowe określenia!
Szczerze? Ja podziwiam koleżankę, że nie umarła ze śmiechu, bo ja na zmywaku zgięłam się w pół i umarłam, autentycznie. "Kawa czarna" czy "kawa biała" to fachowe określenia?! Moi rodzice tego używają, wszyscy moi znajomi tak mówią, czy ja żyję w jakimś dziwnym środowisku?
Na zakończenie odrobinę o odpowiedzialności - dzieciaki potrafią narobić naprawdę paskudnego syfu. I nie mówię tu o małych dzieciach, którym można to wybaczyć (chociaż też powinno się pilnować, żeby sześciolatek nie kupował popcornu mega, który jest większy od niego), ale o najgorszej grupie wiekowej - trzynasto-, czternastolatkach. Potrafią się obrzucać popcornem, polewać piciem, specjalnie wyrzucić koledze na głowę nachosy... Takie tam zabawy, nieprawdaż. To wszystko zarówno na holu jak i na sali kinowej. Dla mnie sprawa prosta - nasyfiłeś to posprzątaj, miotła w dłoń i do roboty. RAZ znalazła się pani, która tak zareagowała i cofnęła dzieciaka do sali wręczając mu szczotkę i szufelkę. Cała reszta udaje, że nie widzi, nie zwraca uwagi, odwraca głowę. Większość nawet nie pilnuje uczniów podczas filmu - wychodzą, siadają na kawiarni albo holu i mają kompletnie gdzieś, co się dzieje. Ja nie mam prawa w tak lekceważący sposób podchodzić do swojej pracy, dlaczego osoby, które odpowiadają za edukację młodzieży mogą?
Wyżyłam się, bardzo Wam dziękuję za danie mi tej możliwości. Pewnie takich postów z czasem pojawi się więcej, bo zabawnych (albo i żenujących) sytuacji (nie tylko) z nauczycielami jest sporo...
Trzymajcie się ciepło i jutro oczekujcie recenzji "La La Land"! Nie mogę się doczekać!

czwartek, 26 stycznia 2017

Top 10 najgorszych filmów roku 2016

Witajcie! Top 10 znów powraca! Zgodnie z zapowiedziami - dziś najgorsze 10 produkcji zeszłego roku. Od razu zaznaczę, że filmy te często nie są absolutnie tragicznie złe - ja po prostu staram się omijać filmy klasy B ("Blair Witch", "Diabelski młyn"...), dlatego po raz kolejny lista jest całkowicie subiektywna.

10. Alicja po drugiej stronie lustra
Wiele osób w ogóle miało za złe Timowi Burtonowi wyreżyserowanie "Alicji w Krainie Czarów". Odbyłam wiele rozmów, przeczytałam masę recenzji, jednak w sumie film mi się podobał. Kiedy więc pojawiły się zapowiedzi drugiej części to pomyślałam "ok, może nie będzie źle?". Mimo, że reżyser się zmienił (został nim James Bobin, twórca "Muppetów") dalej pozostawałam umiarkowanie zainteresowana. Cóż... Seans mnie nie zabił, ale zdecydowanie też nie zachwycił. Jedynym naprawdę jasnym punktem był Sacha Baron Cohen w roli Czasu - zabawny, pełen uroku, nieco szalony, ale bez przeginania. Film miał dla mnie za dużo dramatu. Historia Kapelusznika, którego rodzina nagle ma jednak żyć, podróże Alicji (czy ktoś mówił Mii Wasikowskiej, że można zmieniać wyraz twarzy podczas filmu? Proszę, niech ją ktoś o tym poinformuje) i cała ta drama między Czerwoną a Białą królową zakończona iście disneyowym rozwiązaniem... Cóż, nie tego się spodziewałam, ale mimo to jest kolorowo, ładnie, wielkie zegary prezentują się nieźle. Owszem, ląduje na tej liście, bo był rozczarowaniem, ale zasadniczo jest średni.

9. Jak zostać kotem
Tak, wiem. To film familijny, dla dzieci. Nie powinnam wymagać tak wiele. Ale czy naprawdę MUSIMY w filmach rodzinnych używać tak tanich chwytów? Ile razy można powtarzać motyw "tatuś zaniedbujący rodzinę wpada w śpiączkę, ale jego duch może zobaczyć jak działa jego dom i pokochać od nowa swoich bliskich"? To już było tysiąc razy i tym razem wepchnięcie ojca i męża w ciało kota naprawdę nie przyniosło świeżości. Filmu nie ratował też Kevin Spacey, choć każda reklama krzyczała głośno o jego udziale w tej produkcji. Film 5/10, można obejrzeć, ale nie doznacie specjalnych wzruszeń czy zaskoczeń. Można jednak przymknąć oko.



8. Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów
Tak. Nie przecierajcie oczu, dobrze widzicie. Wpisałam wielkiego "Cyvil War" na listę absolutnie najgorszych produkcji roku 2016. I śpieszę wam tłumaczyć dlaczego.
ROZCZAROWANIE - to słowo określa całkowicie moje uczucia względem tego filmu. Ja naprawdę lubię produkcje Marvela, Avengersi do tej pory dawali mi sporo frajdy, tak samo jak "Thor: Mroczny świat" czy wszystkie części Iron Mana. Jasne, ma swoje problemy - wielu mu zarzuca, że zaczyna się robić zbyt pompatyczny, bohaterowie są wyidealizowani i przez to nierealni. Cóż, jeśli chodzi o pierwszy zarzut to moim zdaniem ten film wzniósł bycie przerysowanym na zupełnie nowy poziom. Główny konflikt jest po prostu śmieszny, można by go było rozwiązać w jakieś dwie minuty zamiast nawalać się bez sensu przez cały film. Kapitan Ameryka powinien zgłosić się do psychiatry, bo jego obsesja na punkcie Bucky'ego robi się naprawdę niezdrowa. Tak, film wprowadza nowe, ciekawe postaci jak chociażby Czarną Panterę (jestem ciekawa filmu o nim), ale z drugiej strony rozwija też Scarlet Witch (pytam - kto wpadł na to... Niezręczne coś między nią a Visionem?) i... Pojawia się nowy Spider-Man. I tu się trochę wybijam, bo większość widzów zwariowała na jego punkcie. Ja za to czuję się... Nieco zdegustowana wiecznym odmładzaniem Petera (i jego ciotki przy okazji) i jego żarcikami... I jakoś nie czuję się zachęcona do poznania tej postaci.
Wszystko lekko mnie nudziło, miałam ochotę przyłożyć części postaci (tak Ameryko, mówię o tobie!) i po seansie hejtowałam chyba z tydzień. Sceny walki są w porządku, ale nie należę do tych, dla których jest to coś, co może podnieść cały film.

7. Morgan
Zwiastun tej produkcji mocno mnie zainteresował, ale niestety - to, co zapowiadało się nieźle okazało się być przewidywalne, przerysowane i nudne. Morgan jest eksperymentem - ma formę młodej dziewczyny, jest niezwykle inteligentna, uprzejma i czarująca, a każdy z opiekujących się nią ludzi ją uwielbia. Do czasu, ponieważ zaczyna ona przejawiać agresję, która ma straszne skutki. Do ośrodka przybywa Lee Weathers, która ma ocenić, czy projekt może trwać dalej czy powinno się go zakończyć.
Początek dłuży się niemiłosiernie, Morgan jest postacią nielogiczną i choć na chwilę przykuwa uwagę swoim niecodziennym zachowaniem po chwili zaczyna nużyć widza, który nie jest w stanie połapać się w jej stanie inteligencji i rozwoju emocjonalnego (niby jest niewinna jak dziecko, ale posiada umiejętności, których nie powinna, to samo z wiedzą). Zaślepienie naukowców jest wręcz chore i nadaje się do leczenia psychiatrycznego (może powinno się ich poznać z Kapitanem Ameryką?) - ja rozumiem, że przywiązali się do "córki", ale aż tak, żeby usprawiedliwiać jej ataki, które bynajmniej nie były niewinne? Zakończenie też rozczarowuje - można się go spodziewać, poza tym wszystko psuje chaotyczny montaż, przez który nie można się połapać w tym, co się aktualnie dzieje. Nie polecam, chyba, że komuś naprawdę bardzo zależy na tego typu filmach...

6. Legion samobójców
Było już o Marvelu. Jednak on nie upadł tak nisko jak DC, które chyba okropnie chce dorównać swojemu "bratu" w popularności filmów. Zabiera się jednak za to kompletnie nie od tej strony.
"Suicide Squad" był reklamowany dosłownie wszędzie. Masa zdjęć aktorów w kostiumach, spekulacji jakim Jokerem będzie Jared Leto i właściwie o co chodzi w głównym wątkiem... Wszystko to po to, żeby otrzymać pseudo komediową papkę, ze słabą fabułą, słabymi dowcipami i niezbyt ciekawymi bohaterami. Ja naprawdę nie sądziłam, że tak się da. Poważnie.
Do Jareda nic nie mam - było go okropnie mało w tym filmie (co zresztą wywołało falę protestów) i wydaje mi się, że za słabo na razie go poznałam, by oceniać. Wydaje się być walnięty, choć trochę jakby naćpany? Jedyną rzeczą, która naprawdę mi przeszkadza w związku z tą postacią to fakt, że kompletnie skopano jego relację z Harley Quinn - od kiedy na Wszelkie Siły Wyższe to ON biega za NIĄ?!
O Harley słów kilka. Już kiedy zobaczyłam jej strój wiedziałam, że to będzie złe. Margot Robbie wygląda... Jak prostytutka, która zwiała z psychiatryka (coś dużo tych postaci w tym zestawieniu...). Całe jej zachowanie jest denerwujące, zachowuje się, jakby chciała całemu światu udowodnić jak szalona, nieprzewidywalna i ZUA jest. Za każdym razem mówi coś głupiego, co sprawia, że widz ma chwilową zawiechę, bo nie jest pewien, jak powinien zareagować.
Promyczkiem słońca wydaje się być Deadshot Willa Smitha - jest zabawny, jest dość rozbudowany, ma jakiś tam swój wewnętrzny dramat, z którym musi sobie radzić. Szkoda, że nie wszyscy są tak przemyślani jak on... Reszta postaci praktycznie nie istnieje - poświęca się im tak mało czasu, że równie dobrze mogłoby ich nie być.
Sama fabuła też nie porywa - główny czarny charakter ma kompletnie nieznane nam motywacje, jest dość nieciekawa i... No cóż, jej zachowanie robi ze służb specjalnych idiotów! Wszystko rozwija się chaotycznie i właściwie to połowę scen można by wyciąć.
DC, nie idź tą drogą. Poważnie. Zawracaj. TERAZ.

5. Noc oczyszczenia: Czas wyboru
Tu nie będę się rozpisywać. Od początku uważałam koncept Nocy Oczyszczenia za dziwny, ale ciekawy... Z tym, że dla mnie powinien być jednorazowy. Część druga była już dziwna, trzecia jest moim zdaniem kompletną porażką - ludzie się zabijają, groźnie, ciemno, wow wow! Wybaczcie, nie kupuję tego, że aż tyle osób co roku bawi się w przebieranki i lata z siekierą po ulicach! Dodatkowo dochodzą jakieś idiotyczne i nie wiadomo skąd wzięte elementy polityki, które nie są zbyt dobrze nakreślone. O nie, zdecydowana pomyłka.




4. Batman v Superman: Świt sprawiedliwości
O tak. "Legion" wcale nie był najgorszy w stajni DC w tym roku. W przedbiegach odpadł z tym tworem. Tu chyba nawet nie ma jasnych stron! Superman jest dramatyczny, Batman tak samo, obaj przesadzają okrutnie, ich motywy są... Dziwne?! Godzą się w jeszcze głupszy sposób (nie będę spoilerować, ale podłóżcie sobie lepiej poduszkę pod czoło, bo facepalmy będą) i nieco ciężko nadążyć za ilością wątków, które wepchnięto w jeden film. Chciano więc pokazać konflikt dwóch superbohaterów, przedstawić nam Wonder Woman (. . . Nie, nie będę o tym mówić. Może się poprawią. Błagam o to, nie psujcie mi chociaż jej!), zrobić wstęp do Ligi Sprawiedliwych, kontynuować "Człowieka ze stali"... Wybaczcie, ale to nieco za dużo jak na jedną produkcję. Przez to każdy z tych wątków jest jedynie rozpoczęty, ale nie poprowadzony tak, jak powinien. Przyznam szczerze, że potwornie się zawiodłam. Aktualnie drżę ze strachu nad Ligą, bo jestem olbrzymią fanką animowanego serialu....

3. Kobiety bez wstydu
Polska produkcja, o której mogę powiedzieć tylko jedno - DLACZEGO? Scenariusz chyba kupiono na targu w Bożypolu Wielkim, aktorzy też się jakoś specjalnie nie popisują. Żarty są żenujące, sprawiają tylko, że patrzysz na ekran z pytaniem "że co?" wypisanym na twarzy. Naprawdę, nie będę się więcej rozwodzić, radzę omijać szerokim łukiem.









2. Smoleńsk
Długo zastanawiałam się czy umieścić ten film na swojej liście. Nie dlatego, że jest dobry, ale nie chciałam urazić niczyich uczuć, przez atak na poglądy polityczne. Zdecydowałam jednak, że "Smoleńsk" pojawi się w zestawieniu - to w końcu beznadziejny film, także w pełni zasłużenie ląduje na miejscu drugim. Pomińmy o czym jest, co próbuje wepchnąć nam wręcz do gardeł (naprawdę, propaganda w tym tworze pobija chyba nawet tę w PRLu) - on jest po prostu beznadziejnie zrobiony! Muzyka jak z taniego kryminału, nakręcony chaotycznie, aktorzy są chodzącymi kłodami (to są ludzie, którzy po premierze nie chcieli, by ich nazwiska były wspominane w jakichkolwiek artykułach dotyczących filmu... To się broni samo), "efekty" stoją na poziomie... Nawet nie wiem do czego to porównać. Do tego naprawdę obrzydliwe przedstawienie "faktów" - każdy ma prawo wierzyć w co chce, ale każdy widz powinien sam ocenić wydarzenia w filmie, a tutaj jest to kompletnie niemożliwe, bo na pierwszy rzut oka widać, jaka jest PRAWDZIWA wersja. Sory, ale to jest coś, czego nie wybaczam nikomu.

1. Sausage Party
Absolutne dno tego roku. Wiem, że niektórych ludzi to może bawić - nie oceniam, ale dla mnie to jest coś, co powinno być prawnie zabronione. Sam pomysł nie jest zły - ożywmy jedzenie, niech odkrywa, co ludzie z nimi robią. Ok, nieco naiwnie, ale jeszcze nie tak źle. Jednak ktoś stwierdzić, że nie zrobimy bajki dla dzieci! Nie, zróbmy coś dla dorosłych! A jak dla dorosłych to dorzućmy tak z tonę żartów, które nawet nie próbują być dwuznaczne - one są wulgarne, obrzydliwe i tanie. Naprawdę, to NIE JEST zabawne! Parówka, która uprawia seks z bułką NIE JEST śmieszna!
Przeraża mnie zakończenie, bo pozostaje otwarte, tak, jakby twórcy zamierzali nakręcić coś jeszcze. Błagam, nie. Nie róbcie tego. Pozostawcie mój mózg jeszcze ewentualnie żywy.







To tyle ode mnie dzisiaj! A co wy złego widzieliście w tym roku? Może jest coś, co pominęłam? Naprawdę chętnie się dowiem!
Życzę wam dobrej nocy, dnia, życia!
Ps. Wiem, że technicznie nie jest już środa... Ale nie wyrobiłam się (dużo zajęć + praca), mam nadzieję, że wybaczycie mi te 50 minut!