poniedziałek, 13 listopada 2017

"Dziewczyna warta grzechu" czyli komedia w stylu Allena

Chciałam na moment odpocząć od kina dla nastolatków, ale nie miałam ochoty na ciężkie klimaty. Postawiłam więc na komedię, lekką, przyjemną, z całkiem ciekawą obsadą. I co mi z tego przyszło?
Reżyser Arnold (Owen Wilson) przyjeżdża do Nowego Jorku i zamawia sobie dziewczynę do towarzystwa. Po przyjemnym wieczorze mężczyzna proponuje pięknej Isabelli (Imogen Poots), że da jej trzydzieści tysięcy dolarów, jeśli tylko zrezygnuje z tej pracy i zajmie się spełnianiem swoich marzeń. I cała historia zakończyłaby się pewnie szczęśliwie, gdyby Isabella nie zjawiła się kilka dni później na przesłuchaniu do sztuki, którą reżyserować ma Albert, a w której grać ma jego żona (Kathryn Hahn). Zazdrosny o nią dawny kochanek (Rhys Ifans) wyczuje sytuację i spróbuje odzyskać jej względy, zaś w całą sytuację wmiesza się nie do końca normalna pani psycholog (Jennifer Aniston)...
Przyznam szczerze, że nie rozumiem, co ludzie widzą w filmach Woody'ego Allena. Zazwyczaj są dla mnie mało zabawne, postaci irytują niemożebnie i ogólnie dostaję po nich depresji (a podobno to komedie, więc chyba coś nie działa). Powinnam więc chyba dokładniej przyjrzeć się plakatowi "Dziewczyny", bo może wtedy nie uznałabym "och tak, na pewno na tym będę się świetnie bawić".
Fakt faktem, że nie było tak źle, jak mogłabym się tego spodziewać. Humor jest mocno sytuacyjny i polega głównie na zamyśle "komedii omyłek", w której każdy zna każdego, ale w sumie to o tym nie wie. Wszystkie postaci, mniej lub bardziej, są ze sobą połączone i stąd właściwie wynika większość zabawnych sytuacji. I o ile na początku to faktycznie ma sens i działa całkiem nieźle, tak potem... Robi się męcząco. Zbiegi okoliczności są wręcz niesamowite (bo przecież Nowy Jork to takie maleńkie miasto, nieprawdaż?! To całkowicie normalne, że wszyscy chodzą akurat do tej jednej, konkretnej knajpki!), a postaci z minuty na minuty robią się coraz bardziej irytujące. Właściwie nie ma takiej, której człowiek mógłby kibicować, bo każda z nich zachowuje się jak świnia lub oszołom, albo ewentualnie też dwa w jednym. Aktorsko wypada to też poniżej oczekiwań - jedynie Aniston trzyma poziom i gra konsekwentnie od początku do końca. Cała reszta może ten występ zaliczyć do typowych średniaków.
Czy polecam? Nie, w sumie to nie. Nie jest to film wybitny, właściwie nic nie wnosi i nie zapada w pamięć. Jeśli nawet lubicie klimaty filmów Allena, to chyba lepiej sięgnąć po oryginał, niż po tanią podróbkę.

sobota, 11 listopada 2017

"Wierna" czyli zupełne zaskoczenie

Kończę już moją przygodę z serią "Niezgodna", a robię to poznając ostatnią nakręconą część - "Wierną". Z tego co wiem umarły nie tylko plany kontynuacji, ale też pomysł na wydanie jej w formie serialu. Czy żałuję? O tym dowiecie się na koniec recenzji.
Tris i Cztery postanawiają pokonać mur i zobaczyć, co kryje się na obrzeżach Chicago. Żadne z nich nie domyśla się nawet, jak wiele niebezpieczeństw i tajemnic tam na nich czeka. Tym razem przyjdzie im zmierzyć się z układami dużo większymi, niż dotychczas, a ich uczucie zostanie wystawione na próbę. Czy zaufają sobie, czy też Tris wybierze inną drogę?
Ani "Niezgodna" ani "Zbuntowana" nie okazały się takimi hitami, jakich się spodziewano, dlatego też chyba reżyser postanowił coś zmienić. Całkowicie nowi scenarzyści postanowili zbudować tę historię w sposób odmienny od książki, nadać jej więcej dramatyzmu, mniej oczywistości i ogólnie chyba nieco ją "udoroślić". Czy im się udało? Cóż... Gdybyście mnie spytali to "Wierna" wyrosła na moją ulubioną część w całym cyklu. Nie dlatego, że jest dużo lepsza od swoich poprzedniczek, skąd! Ale właśnie dlatego, że nie jest tak okrutnie nastawiona na hołubienie Tris, dlatego, że wreszcie odgrywa tam rzeczywistą rolę ktoś poza nią! Caleb czy Christina, którzy przewijają się przez całą trylogię, są wreszcie realnymi osobami, które coś robią, mają jakieś swoje ideały, a nie jedynie są tłem. Problem w tym, że "Wierna" ma równocześnie całą masę logicznych błędów. Wymienianie ich tu nie ma sensu, bo narobiłabym wam spoilerów, ale uwierzcie - są tam, są głupie, są bardzo widoczne i ich wytłumaczeniem jest chyba tylko nieróbstwo i gapiostwo ludzi, którzy nad tym filmem pracowali. Widać też braki w budżecie - super zmodernizowany, pełen futurystycznych technologii świat jest... Em, mocno nijaki to dość łagodne określenie, ale zostańmy przy nim. Mało jest nowych, ciekawych lokacji, a wszystkie wnętrza wyglądają właściwie tak samo.
Towarzyszy nam też problem, nad którym znęcam się już trzeci raz, ale co mi tam - dorośli są idiotami, a nastolatka jest w stanie ich wszystkich rozwalić siłą swojej zajebistości. Błagam, to naprawdę przestaje być śmieszne, a zaczyna być żałosne. Nikt nigdy nie przewiduje, że Tris zachowa się tak, a nie inaczej i wszyscy dają się zaskoczyć jej hiper umysłowi i zdolnościom - ILE MOŻNA?! Rozwiązywanie każdego konfliktu w ten sposób jest zwyczajnie nudne!
No i cóż, film jest po prostu przewidywalny - ma na tyle mało postaci, że od razu wiadomo, jaką rolę zagra każda z nich. Peter znowu jest zdrajcą (a Tris i Cztery znowu mu na to pozwolą, mimo, że mogliby się w końcu czegoś nauczyć... I wiecie co? To nawet nie jest spoiler, nikt mi nie powie, że po obejrzeniu "Niezgodnej" i "Zbuntowanej" sam by tego nie przewidział), Tris ratuje świat, Cztery kłóci się z matką, tak do znudzenia.
Jednak czy obejrzałabym kontynuację? . . . Może to dziwne, ale tak. Nazwijcie mnie masochistką, ale jestem ciekawa, jak scenarzyści dokończyliby swój pomysł, który - w odróżnieniu od tego z książki - nie był nawet taki zły. Myślę, że gdyby reżyser dostał więcej pieniędzy, to druga część "Wiernej" wypadłaby nie najgorzej... Jednak skoro taki film nie powstanie, z ulgą zostawiam tę trylogię i odznaczam ją na liście "do obejrzenia" jako zaliczoną.

wtorek, 7 listopada 2017

"Zbuntowana" czyli tak wiele a tak nudno

Przyszedł czas na "Zbuntowaną". Lękałam się tego seansu, bo ciągle w głowie miałam wspomnienia z czytania książek, ale mówiłam sobie "zobaczysz, nie będzie tak źle, na pewno reżyser i scenarzysta się postarali pewne rzeczy usunąć...". No i faktycznie "aż tak źle" nie było.
Po walce w Erudycji Tris wraz z Cztery uciekają do kwatery Serdeczności, gdzie chcą się schronić przed polującą na nich Jeanine. Szybko okaże się jednak, że nie dane jest im uciec od problemów, bo te dopadną ich wszędzie... Konflikt między frakcjami narasta, we wszystko wmieszają się Bezfrakcyjni, a wszystkiemu zaradzić może tylko Tris...
Muszę przyznać, że w tym filmie doceniłam fakt, że nie mamy wglądu w myśli głównej bohaterki. Można powiedzieć, że dzięki temu w ogóle przetrwałam ten film, bowiem Tris bez swoich przemyśleń jest co prawda irytująca i nudna, ale nie aż tak nieznośna. "Zbuntowana" właściwie niczym się nad "Niezgodną" nie wybija - dalej jest nużąca, dalej koncept jest głupi i naiwny. W tej części dostajemy jednak niezwykłe nagromadzenie wydarzeń. To znaczy dzieje się, dzieje się dużo, ale każdy wątek jest jakby ucięty w połowie.
Na samym początku nasi uciekinierzy znajdują chwilę ukojenia w Serdeczności. Swoją drogą... To frakcja, którą upchnięto zupełnie na marginesie. Kojarzycie, co z Hufflepuffem zrobiła J.K.Rowling? Więc tak działają Serdeczni. To misie-pysie, które nie uznają przemocy, do każdego się uśmiechają i właściwie, to nie podejmują żadnego działania, bo tacy są "pacyfistyczni". LITOŚCI. To chyba najbardziej ograny schemat świata - młoda, odważna bohaterka próbuje przekonać dorosłych do działania. Było, było, było tyle razy, że nawet nie chce mi się przywoływać konkretnych przykładów.
Na szczęście nie dane nam długo napawać się tym powtarzanym do znudzenia motywem - Tris i Cztery muszą uciekać, trafiają na Bezfrakcyjnych, z nimi też specjalnie długo nie zostają, biegną do Prawości... I tak właściwie przez cały czas! Nie mamy czasu poznać nowych bohaterów, którzy są nam przedstawiani, bo od razu lecimy do kolejnej lokacji. Wydaje mi się, że warto by było choćby chwilę poświęcić na ukazanie nam tego - bądź co bądź - innego świata Chicago, zniszczonego przez wojnę i słabą sytuację ekonomiczną. Ale nieeee, po co! Lepiej poświęcić czas na ukazanie związku Tris i Cztery!
Swoją drogą, ten związek z części na część robi się coraz bardziej irytujący. Nie widać prawie, żeby ta dwójka rozmawiała, czy spędzała jakkolwiek czas. Jeśli już są razem to zapewniają się o swoim wielkim uczuciu lub całują. Szczerze...? To sprawia, że ciężko mi ich traktować jako poważnych ludzi. W ogóle biorąc pod uwagę, że Tris ma szesnaście lat, a w dodatku wiele jej zachowań to typowa poza zbuntowanej nastolatki, to traktowanie wydarzeń z tego filmu poważnie jest trudne. Mam uwierzyć, że nastolatka jest bardziej dorosła, dojrzała i ogólnie BARDZIEJ niż całe społeczeństwo? Że nikt wcześniej nie zdobył się na to, co ona robi właściwie bez żadnego problemu? Tris to typowa Mary Sue (wyidealizowana postać) - wszystko jej wychodzi, nikt nie jest tak inteligentny, błyskotliwy, niesamowity i ogólnie wyjątkowy. To drażniące, bo dodatkowo Woodley dalej, nic a nic, nie zmieniła swojej gry aktorskiej - jedna mina przez cały film, przez co każda silniejsza emocja jest kompletnie sztuczna.
Myślę, że bez podkładu w postaci książki, ciężko się ogarnąć w fabule "Zbuntowanej" - tak jest chaotyczna i nieskładna. Gdyby poprowadzić ten film wolniej, rozwinąć interesujące wątki (a naprawdę, tutaj jest ich kilka!) to może wyszłoby to lepiej, a tak... No cóż, nie bardzo.

sobota, 4 listopada 2017

"Jarhead: Żołnierz piechoty morskiej" czyli wojna bez jednego strzału

W trakcie tygodnia czasem też uda się znaleźć trochę czasu na obejrzenie filmu! Tym razem tytuł wybierał mój narzeczony (nie spodziewaliście się tego, widząc tytuł nawiązujący do wojny, prawda?). O dziwo jednak... Przeżyłam i to nawet pozytywnie zaskoczona!
Młody Anthony (Jake Gyllenhaal) wstępuje do piechoty morskiej, by zostać snajperem. Po szkoleniu, wraz z towarzyszami broni, trafia do Iraku, gdzie spędzi kilka miesięcy na pustyni. Jednak sytuacja okaże się dużo trudniejsza do zniesienia, niż wszyscy myśleli.
Jeżeli szukacie typowego filmu wojennego z ogromną ilością strzelanin, masą krwi i flaków... To radzę szukać dalej. Jeśli zaś nie przeszkadza wam nieco konfundujący humor, wydzierający się Jamie Foxx, czy Gyllenhaal biegający nago po pustyni przyodziany jedynie w czapkę Mikołaja... To koniecznie obejrzyjcie ""Jarhead". Ten film jest dziwny, ale to nie jest wcale jego wada - wręcz przeciwnie, dzięki temu jest inny i ciekawy. I przede wszystkim szczery. Pokazanie, co młodzi żołnierze robią, kiedy brakuje im bitki, a muszą siedzieć w stanie gotowości to pomysł wręcz genialny i dziwię się, że nie wpadł na niego nikt wcześniej (a przynajmniej ja nie miałam okazji tego zobaczyć). Mamy więc sytuacje mniej lub bardziej niecenzuralne i absurdalne, ale też kilka momentów, które poruszają serce. Widzimy, jak mężczyźni tęsknią za domem, jak zjada ich zazdrość i niepewność, kiedy dostają listy od żon, dziewczyn i kochanek. W końcu też dostajemy dowody na to, że takim ludziom naprawdę może odbić, kiedy za długo nie mają nic do roboty - i nikt mi nie powie, że to nie jest zrozumiałe, oni w końcu siedzą pół roku na cholernej pustyni! Generalnie to jestem naprawdę zaskoczona, że "Jarhead" mi się podobał, bo nie sądziłam, że tak będzie. Świetny jest dobór ścieżki dźwiękowej, niektóre piosenki pasują po prostu idealnie. Podobają mi się zdjęcia - płonąca ropa naftowa tworzy tak niezapomniane wrażenie, że to po prostu trzeba obejrzeć. Aktorstwo... Może nie powiedziałabym, że jest wybitne, ale Gyllenhaal jest okay, Foxx gra świetnie, a całość łączy się naprawdę dobrze, czego chcieć więcej? Jeśli chcecie zobaczyć film, który was zdziwi, ale równocześnie poruszy i dostarczy jakiś prawdziwych i nie pompatycznych informacji o wojnie to zachęcam.

Ps. Wiem, że film ten ma jeszcze dwa kolejne sequele, ale... Pozwólcie, że sobie tego nie zrobię i nie będę psuć sobie wrażeń.

wtorek, 31 października 2017

Top 10 filmów na Halloween

Dziś Halloween! To święto wzbudza coraz większą sympatię i zachwyt, nie tylko wśród najmłodszych. A zastanawialiście się kiedyś, jakie filmy pasują do tego specyficznego dnia? Dziś Kinomaniaczka przedstawia - Top 10 najlepszych filmów do obejrzenia w halloweenowy wieczór!

10. Czarownice z Eastwick
Nie pytajcie mnie dlaczego, ale ten film uwielbiam odkąd skończyłam dziesięć lat. Ma w sobie magię czarnej komedii i filmu fantasy i zasadniczo nie jest nawet straszny, ale... Kojarzy mi się z Halloween. Historia trzech kobiet, które zakochują się w tym samym mężczyźnie, a po związaniu się z nim odkrywają w sobie tajemnicze moce, to opowieść tak samo kusząca, co zabawna i niepokojąca. Wydaje mi się, że jego klimat idealnie pasuje do Nocy Duchów, kiedy to wszystko jest możliwe.






9. Sklep dla samobójców
Francuska animacja o smutnym świecie również nie jest typowo halloweenową pozycją. Jednak uwielbiam fakt, że jest taka... Ironiczna, mroczna, inna! Państwo Mishima i Lukrecji prowadzą tytułowy sklep dla samobójców, w którym sprzedają wszystko, co może pomóc człowiekowi przenieść się na tamten świat - liny, noże, broń palną, trucizny... Ich interes naprawdę dobrze się kręci, do czasu aż ich najmłodszy syn zaczyna się uśmiechać i tym samym, rozweselać klientów! Niecodzienna rodzina musi się uporać z tak okrutną anomalią i poradzić sobie z konfliktami między sobą. Naprawdę lubię tę bajkę i uważam, że Halloween to dobra okazja, by się nieco z tym chorym światem zapoznać.

8. Frankenweenie
Historia o współczesnym, młodocianym Frankensteinie, który z miłości do ukochanego psa postanawia go ożywić, to zwieńczenie trylogii Burtona. Piękna opowieść o miłości i przywiązaniu jest utrzymana w klimacie przyjemnej animacji, a jednak jej temat jest dość... Przerażający. Mowa wszak o ożywianiu zwłok! Czy to nie jest idealny film na Halloween? Moim zdaniem tak.









7. Rogi
Choć sam film uważam za mocno średni, to sądzę, że świetnie wpasowuje się w ten mroczny klimat Święta Duchów. Ig Perrish budzi się tuż po rocznicy śmierci swojej ukochanej i odkrywa na głowie rogi. Dają mu one moc zmuszania ludzi do mówienia prawdy i robienia niecnych i lubieżnych rzeczy. Mężczyzna chce je wykorzystać, by dowiedzieć się kto zamordował jego dziewczynę i dlaczego musiała zginąć.
Diabelskie nawiązania, węże, ogień, piekło, morderstwo i tytułowe rogi - wszystko to odkrywa przed nami demoniczną stronę Halloween. Jeśli się nie widziało to może warto?


6. Gnijąca Panna Młoda
O tym cudzie animacji już się wypowiadałam, tu ograniczę się do uzasadnienia, dlaczego moim zdaniem to dobra opcja na Halloween. Przede wszystkim klimat - mroczna animacja, niby zabawna, ale jednak utrzymana w lekko przerażającym tonie to propozycja dla tych, którzy nie lubią się do końca bać, ale chcą mimo to obejrzeć coś, dzięki czemu ciarki przejdą im po plecach. Jeśli jesteście takimi osobami, to ten film na pewno wam się spodoba w ten wieczór.







5. Kobieta w czerni
Młody adwokat przyjeżdża do miasteczka, by uporządkować sprawy zmarłej wdowy. Szybko odkrywa, że w domu dzieje się coś, o czym nikt dokoła nie chce z nim rozmawiać. To na jego barkach spocznie odkrycie, co takiego nawiedza miasteczko. A Kobieta w czerni nie zostawi go w spokoju...
Kolejny film, który - mimo, iż nie wybitny - w moim mniemaniu wpasowuje w klimat. Jest mrocznie, jest tajemniczo, jest ciekawie. Nie ma krwi i flaków, za to jest właśnie niesamowite działanie na psychikę. Do obejrzenia.



4. Koralina i tajemnicze drzwi
To Top obrodziło w animacje... Jednak Koralina jest najbardziej chorą i psychodeliczną z nich wszystkich. Historia dziewczynki, która przechodzi do innego wymiaru, by tam spotkać Drugą Mamę, pragnącą zawładnąć jej duszą... No nie powiecie mi, że to nie brzmi strasznie. Osobiście boję się wrócić do tego tytułu, ale wydaje mi się, że Halloween to doskonała okazja, by to zrobić. Ewentualnie na pierwszy seans też się nada. Proponuję zgasić światło i szczelnie okryć się kołdrą, bo to naprawdę może zaboleć.






3. Omen
Klasyczny horror, który dalej się nie zestarzał. Jest początkiem wielu motywów, kultową opowieścią o synu Szatana, diabolicznym dziecku, które mimo niewinnego wyglądu kryje w sobie wielkie zło. Czego więcej oczekiwać w ten zimny, październikowy wieczór?










2. Miasteczko Halloween
Dla bardzo wielu moich znajomych bez Miasteczka Halloween nie istnieje. Choć tak naprawdę nie opowiada o tym święcie to jest z nim blisko związane i... Co tu wiele mówić, to Burton i Disney w duecie - jest zabawa, jest trochę strachu, są cudowne piosenki i niesamowity klimat, który pozwala pożegnać się z Halloween i powitać nadchodzący czas Bożego Narodzenia!









1. Halloween 
Sami powiedzcie - czy może być coś bardziej halloweenowego niż opowieść o mordercy, który akurat w tę szczególną noc ucieka ze szpitala psychiatrycznego, gotów zabijać? Moim zdaniem nie. I o ile nie widziałam całego cyklu (tylko pierwsze trzy części) to pierwszą spokojnie mogę polecić do obejrzenia samemu, po ciemku i ze słuchawkami na uszach. Gwarantowane wrażenia grozy.



To ode mnie już wszystko dzisiaj. Mam nadzieję, że wam ten wieczór mija lepiej niż mnie i przynajmniej dobrze się bawicie. A jeśli spędzacie go sami i zastanawiacie się właśnie, co obejrzeć... Cóż, właśnie otrzymaliście dziesięć świetnych propozycji! Trzymajcie się!

niedziela, 29 października 2017

"Niezgodna" czyli frakcja ponad pokrewieństwem

Ech... Długo się zabierałam za serię "Niezgodna". Już sporo czasu minęło, od kiedy przeczytałam książki, ale ciągle pamiętam, jaką niechęć we mnie budziły. Jednak uznałam, że dobrze będzie obejrzeć filmy - na świeżą głowę (bo, szczerze mówiąc, wiele wydarzeń zatarło mi się w pamięci), starając się podejść do wszystkiego na chłodno. Co prawda cała seria nie została zekranizowana (serial, mający opowiadać o wydarzeniach z "Wiernej" dalej nie jest potwierdzony), mimo to uznałam, że rozpocznę oglądanie właśnie teraz.
Chicago, nieokreślona przyszłość. Społeczeństwo odgrodzone jest od świata murem i podzielone na frakcje. Przynależność do nich jest związana z charakterem danej osoby - do Erudytów należą inteligentni i rządni wiedzy, Serdeczność zrzesza dobrych i życzliwych, Nieustraszeni to ludzie pokonujący swoje lęki i odznaczający się odwagą, Prawi przede wszystkim cenią szczerość, zaś Altruiści żyją skromnie i myślą głównie o innych. To właśnie Altruizm jest rodzinną frakcją Beatrice (Shailene Woodley), jednak dziewczyna nie czuje się w niej dobrze. Kiedy jej testy wychodzą niejednoznacznie, odkrywa prawdę o sobie - jest Niezgodna, nie da się jej zamknąć w jednej, konkretnej frakcji. Decyduje się dołączyć do Nieustraszonych, gdzie poznaje nową przyjaciółkę Christinę (Zoe Kravitz) i przystojnego instruktora Cztery (Theo James). Od tej pory Tris będzie musiała zmierzyć się z własnymi słabościami, a także ukryć fakt o swojej Niezgodności...
Ten film, jak i cała historia w ogóle, ma kilka problemów, ale największy to zwyczajna głupota fabularna. Drodzy czytelnicy, pomyślcie chwilę - czy da się wasz charakter określić jednym słowem? Nie bardzo, prawda? Od kiedy to odwaga zaprzecza inteligencji, a ktoś szczery nie może być równocześnie bezinteresowny? Człowiek to istota złożona i nie da się jego osobowości zamknąć w jednej cesze, spośród pięciu do wyboru. Sam zamysł jest po prostu idiotyczny. Mamy uwierzyć, że ludzie godzili się na coś takiego, ba, uważali za normalne bycie tak "nieskomplikowanymi"? Całe społeczeństwo winno się składać z Niezgodnych jednostek. Do tego dorzućcie fakt, że od samiutkiego początku wiemy, kto jest dobry, a kto zły - żadnych zaskoczeń, żadnej głębi psychologicznej postaci. W tej części bliżej poznajemy trzy frakcje i właściwie z każdą z nich mam problem.
Erudycja to frakcja inteligentnych naukowców, która szczyci się swoim logicznym podejściem do wszystkiego. To oni są tymi Złymi - chcą przejąć władzę, zagarnąć wszystko dla siebie. Już w pierwszych minutach filmu się tego dowiadujemy, to nawet nie jest spoiler! Każda zła postać tego filmu jest, bądź była, Erudytą i to jest po prostu śmieszne. Mam uwierzyć, że - znowu - cała frakcja ma jeden pogląd? Są połączeni wspólnym mózgiem? Nie ma nikogo, kto by wziął na bok panią Winslet (tak, Kate Winslet tu gra. Minęły trzy lata od premiery filmu, a ja dalej jej tego nie wybaczyłam) i powiedział "kochana, przeginasz"? Fabularnie Erudycja istnieje tylko po to, by nasza heroina miała z kim walczyć i na czyim blasku lśnić (. . . Poczekam jeszcze z wyżywaniem się na Tris). Wyobrażam ją sobie jako miejsce, w którym co wieczór odbywa się konkurs mrocznego śmiechu i przyznawania sobie punktów za mroczne uczynki. Inteligencja została tu synonimem nieczułości, a chyba nawet dziecko wie, że to nie wygląda w ten sposób.
Altruizm - rodzinna frakcja Tris, o której - żeby było śmieszniej - nie wiemy zbyt wiele. Widzimy poświęcających się i pomagających bezinteresownie ludzi, ale nie znamy ich motywacji. Tak na dobrą sprawę, to Altruizm kompletnie nie ma sensu - NIKT nie jest w stanie całe życie poświęcać się dla innych i rezygnować z siebie. Altruiści odrzucają wszelkie wygody i luksusy - w imię czego...? Dlaczego nie wolno pomagać innym i równocześnie mieć ładnej fryzury? To taka frakcja, która została chyba wprowadzona po to, by pokazać, jak bardzo stłamszono naszą bohaterkę, by szara myszka mogła wyjść z kokona w nowej Nieustraszoności. Mogłaby lubić Altruistów, ale tak naprawdę prawie ich w filmie nie ma, a kiedy już są... To totalnie nic nie robią. To taki paskudny zapychacz, który właściwie nie jest szkodliwy, ale irytuje.
Nieustraszeni, czyli nasi protagoniści, wymarzona frakcja Tris.
. . .
UGH, od czego mam zacząć!
Ci ludzie powinni być odważni, ale też lojalni i porządni - założenie jest takie, że jest to frakcja policyjna, wojskowa, dbająca o porządek w mieście i bezpieczeństwo obywateli.
Ale jak to często bywa w tworach dla młodzieży, założenia sobie, a praktyka sobie. W praktyce Nieustraszeni to frakcja idiotów. Poważnie mówię. To ryzykanci, dzieciaki, które "odwagę" pojmują jako "brak strachu i robienie masy głupich rzeczy tylko dla zabawy". Skakanie do pociągu, rzucanie się w przepaść, nałogowe robienie sobie tatuaży - to wszystko ma świadczyć o odwadze, rozumiecie. No więc nie, nie świadczy, świadczy o tym, że członkowie tej frakcji to niewyrośnięte dzieci, które wiecznie muszą innym udowadniać, jak bardzo są cool.
Poznęcałam się (z sadystyczną przyjemnością, przyznaję) nad światem przedstawionym. Czas opowiedzieć wam trochę o bohaterach.
Powiedzmy to głośno i wyraźnie - nie znoszę Tris. Wielkim plusem filmu jest fakt, że nie mamy dostępu do jej myśli, które w książce doprowadzały mnie do białej gorączki. Jednak odstawmy na bok to, co pamiętam o książkowej bohaterce - jak wypada w filmie?
Nijako. Zupełnie, autentycznie nijako. Wszystkie decyzje, jakie podejmuje, wydają się być wyjęte zupełnie z nikąd. Samo wybranie Nieustraszoności jest bez sensu - nigdy nie dowiadujemy się, dlaczego akurat ta frakcja miałaby być jej najbliższa. Bo co, bo lubi wygłupy, a Nieustraszeni są tacy super? Litości, to trochę mało, jak na najważniejszą decyzję życia, nieprawdaż? Jej związki z ludźmi są rozpisane tak tragicznie, że mogłabym napisać pracę doktorską na ten temat. Teoretycznie widzimy jej przyjaciół, ale w praktyce to Tris rzadko kiedy z nimi rozmawia, a w dodatku nigdy nie mówi im niczego ważniejszego o sobie. Kiedy coś im się stanie, to niby się przejmuje, ale tak naprawdę to nie, bo jej reakcja i przeżywanie ograniczone są do jednej sceny. Zaś jej relacja z Cztery... To jest koszmar. Patrzą na siebie, warczą na siebie, znowu trochę patrzą, całują się. Ekspresowy romans dwójki dzieciaków, która nic o sobie nie wie. Zresztą zarówno Woodley, jak i James, nie dają z siebie zbyt wiele - nic nie poradzę, że żadne z tych aktorów mnie nie przekonało. W zamyśle Cztery jest zaledwie dwa lata starszy od Tris - niestety, aktorów dzieli lat siedem i to widać, tak okropnie widać! To się robi wręcz niezręczne, kiedy dwudziestodziewięcioletni Theo całuje malutką i bezbronną Woodley (choć i ona miała już skończone dwadzieścia lat, to nie powiecie mi, że na tyle wygląda)! Naprawdę nie było innych aktorów do tej roli? Nie można było zadbać choć o to, by ta para jakoś ze sobą wyglądała?! Dodatkowo Tris jest potworną hipokrytką, ale nad tym poznęcam się w kolejnych częściach.
Aktorzy też nie pomagają. Nie rozumiem zachwytów nad Shailene Woodley, bo dla mnie to aktorka zupełnie bez wyrazu - gra cały film na kilku minach, jest okropnie mało ekspresyjna. Theo James... Nawet nie potrafię nic o nim opowiedzieć, tak bardzo stapiał się z tłem. Cała reszta młodej obsady również niczym się nie wyróżnia, ciężko jednak powiedzieć, czy dzieje się tak ze względu na mało czasu ekranowego, czy niewielkie umiejętności. Kate Winslet to jasny punkt, ale dalej nie wiem, dlaczego właściwie zagrała w tym filmie, choć muszę przyznać, że jej urocza i poczciwa mina idealnie pasowała mi na przywódczynię Erudytów. Ogólnie pod względem obsady film wypada dość blado.
Nie pomagają też nieciekawe scenografie i zdjęcia. Jak na film, który ma pokazywać przyszłość, stosunkowo mało jest futurystycznych wynalazków, które cieszyłyby oko. Jedynie wizualizacje lęków wypadają interesująco, ale jest ich w całości tak mało, że nie są jakimś ogromnym plusem.
Czy jeszcze mogę coś dodać? "Niezgodna" jest po prostu nudna, poważnie. Nijaka historia, irytująca bohaterka, brak jakichkolwiek ciekawych postaci drugoplanowych, wszystko potraktowane po macoszemu, interesujące wątki urwane - JAK oglądać coś takiego z zadowoleniem?!

PS. O ile "Niezgodną" widziałam już wcześniej, tak już "Zbuntowana" będzie dla mnie zupełną nowością. Trzymajcie kciuki, żeby mnie nie zabiła.

poniedziałek, 23 października 2017

"Kasyno" czyli jak zniszczyć sobie życie w Las Vegas

Czemu weekendy zawsze mijają tak szybko, zastanawialiście się kiedyś? Człowiek zawsze ma tyle planów, a tu czas leci jak głupi i nagle jest niedziela wieczór. Cieszę się jednak, że udało mi się obejrzeć chociaż te dwa filmy - głowa odpoczywa, a ja przynajmniej mam o czym pisać!
W 1973 do Las Vegas mafia sprowadza Sama Rothsteina (Robert De Niro) - genialnego hazardzistę, znawcę i bukmachera, który ma poprowadzić dla nich kasyna. Dzięki jego umiejętnościom zyski przekraczają najśmielsze oczekiwania. Jednak za wszystko przychodzi kiedyś zapłacić... Niełatwo jest obracać się w półświatku, niełatwo jest też pracować z narwanym przyjacielem Nickym (Joe Pesci). Nawet, gdy u boku ma się tak piękną kobietę, jak Ginger (Sharon Stone).
Martin Scorsese - przynajmniej w mojej głowie - figuruje jako reżyser, który nie boi się podejmować trudnych tematów, do tego często korzysta z niebanalnej formy. Tak też zostało nakręcone "Kasyno" - niby fabuła idzie swoim torem i wydarzenia dzieją się chronologicznie, ale przez ogromną część filmu realia są nam opowiadane jak gdyby zza kulis. Narratorami są właśnie Sam i Nicky, którzy objaśniają widzom sytuację mafii, działanie kasyna, zaplecze światka przestępczego czy układy pomiędzy poszczególnymi personami. Muszę przyznać, że mnie się ten zabieg spodobał - przypomina to oglądanie dokumentu, jedynie język jest mniej wyszukany i profesjonalny, jednak co się dziwić, wszak mamy do czynienia z gangsterami. Soczyste przekleństwa są więc czymś, co nie boli w uszy, a jedynie nadaje klimatu. Przez pierwszą godzinę odkrywamy więc świat, w jakim otaczają się nasi bohaterowie, ich pozorną sielankę i szczęście, jakie wokół siebie budują. Początkowa idylla szybko przestaje być kryształowa - pojawiają się na niej kolejne rysy. Reżyser wprawnie przechodzi od jednej postaci do drugiej, odkrywając przed nami ich problemy, małe słabości i zupełnie wielkie porażki. Sam zanurza się w swoim perfekcjonizmie, zachodząc za skórę wpływowym policjantom, przez co wpada w konflikt z miejscowym szeryfem. Kompletnie niepoprawny Nicky nie potrafi powiedzieć sobie "dość" - jego wymuszenia i kradzieże stają się coraz bardziej zuchwałe, ściągając na niego uwagę FBI. Zaś Ginger... Cóż, za nią ciągnie się demon przeszłości w postaci jej byłego alfonsa, do tego dom i dziecko nie mogą konkurować z jej największą miłością, którą są pieniądze. Cała trójka nurza się w brudzie własnych uzależnień i błędów, coraz większą krzywdę wyrządzając sobie nawzajem. To, jak zmieniają się ich relacje, jest genialnym materiałem na tę pełną okrucieństwa opowieść. W tle możemy podziwiać pokusy Las Vegas, miasta, w którym kasyna nigdy nie śpią, a jeden nieostrożny krok może człowiekowi zagwarantować kulkę w brzuch.
Czy ktokolwiek mógłby się spodziewać, że tacy aktorzy jak Stone, De Niro czy Pesci zagrają źle? Ja stawiałam moje oczekiwania wysoko i cała trójka zdecydowanie przeskoczyła tę poprzeczkę - ich postaci są wyraziste, prawdziwe, skomplikowane. Jest w nich tyle brudu, który sprawia, że nie da się ich jednoznacznie lubić, jednak z drugiej strony... Żadne z nich nie jest zupełnie "złe". Dźwigają na sobie ciężar prawie trzygodzinnej opowieści i robią to tak samo dobrze w pierwszej, jak i w ostatniej minucie. Ciekawy scenariusz (choć dla mnie troooochę za długi...?), niecodzienny sposób prowadzenia akcji i świetni aktorzy - to już wiemy. Co jeszcze? Cóż, ja się zakochałam w ścieżce dźwiękowej. W prawie każdej scenie, gdzieś w tle sączy się cicha muzyka lat 70. I to jest piękne, genialne. Nawet nie chodzi o dobór piosenek, bo zazwyczaj nie są na tyle dobrze słyszalne, by dało się zrozumieć tekst, ale o klimat, jaki budują - razem z dopracowanymi wnętrzami kasyna czy domu Rothsteina tworzy podstawy do zatopienia się w tej historii, poczucia jej każdym zmysłem.
W moim przypadku to nie jest jednak ulubiony film Scorsese - jest trochę za długi i przez to na koniec, byłam nim trochę zmęczona, mimo, że aktorzy wciąż przykuwali uwagę. Jednak całkowicie rozumiem, dlaczego znalazł się niejako w kanonie filmów gangsterskich - pokazuje mafię od tej "tylnej strony", strony jej podwładnych i ludzi od brudnych interesów, w dodatku robiąc to w sposób prawdziwy i brutalnie szczery.