Aby lekko się otrząsnąć z "Idy" postanowiłam zabrać się za coś lżejszego. Może więc film, który fabułą nawiązuje do serialu, w którym swego czasu występował Johnny Depp?
Schmidt (Jonah Hill) i Jenko (Channing Tatum) chodzili razem do liceum - ten pierwszy był wyobcowanym kujonem, drugi za to był popularnym sportowcem, który nie brylował na testach. Razem trafili do akademii policyjnej i tam dopiero się zaprzyjaźnili. Po nieudanym aresztowaniu trafiają na Jump Street, gdzie mieści się nietypowa jednostka, rozpracowująca nastoletnich dilerów. Powrót do szkoły nie będzie ani łatwy, ani przyjemny dla żadnego z panów... Szczególnie gdy ich role społeczne zamienią się o 180 stopni.
Nie ma co się oszukiwać - nie jest to komedia najwyższych lotów. Raczej przewidywalna, dość ostra (przynajmniej w kwestii słownictwa), ale z ciekawym zamysłem - tak w skrócie mogłabym ją opisać. Interesujący jest pomysł, aby przystojniaka wcisnąć w społeczeństwo geeków i naukowców, a z typowego filmowego frajera zrobić popularnego dzieciaka, to daje możliwości nowych gagów i sytuacji, których raczej często się nie widuje. Równocześnie konwencja wrzucenia policjantów do liceum sprawiła, że mam ochotę obejrzeć serial "21 Jump Street" (dobra, Johnny Depp też to sprawia), bo to naprawdę dobry zamysł! Ogólnie muszę przyznać, że choć może poziom żartów nie jest najwyższy, a fabuła nie idzie w sposób specjalnie oryginalny to dobrze się bawiłam oglądając ten film - Hill i Tatum to przyjemny dla oka duet, który wypada przekonująco w swoich rolach. Miło też zobaczyć Deppa, nawet jeśli jest to typowa rola epizodyczna. Jeśli komuś nie przeszkadzają trochę głupawe komedie to można obejrzeć.
czwartek, 10 sierpnia 2017
środa, 9 sierpnia 2017
"Ida" czyli dramat
Broniłam się długo przed "Idą" Pawła Pawlikowskiego. Naprawdę długo, bo to już przecież prawie cztery lata. Starałam się ją omijać na wszystkich kanałach telewizyjnych, usilnie odmawiałam czytania jakichkolwiek recenzji, jednak ciągle docierały do mnie zachwyty, ochy i achy, którymi zarzucano tenże film. W końcu dostał Oscara! A przy okazji także nagrodę BAFTA, cztery Orły, nominację do Złotego Globu... I jeszcze kilka nagród i nominacji. A ja po czterech latach stwierdziłam, że się przemogę. Obejrzę. No i obejrzałam...
Młoda Anna (Agata Trzebuchowska) jest sierotą i od dziecka wychowuje się w zakonie. Sama także pragnie przyjąć śluby, jednak przed tym matka przełożona wysyła ją do nieznanej ciotki (Agata Kulesza). To tu Anna odkryje, że tak naprawdę nazywa się Ida Lebenstein i jest córką pary Żydów, którzy zmarli podczas wojny. Wraz z ciotką - byłą prokurator, obecnie poważaną sędzią - rozpocznie podróż, która doprowadzi je obie do zdarzeń z przeszłości i prawdy o nich samych.
Muszę przyznać, że dawno nie widziałam filmu tak pretensjonalnego i aspirującego do bycia "subtelnym", jak "Ida". Wszystko tutaj aż krzyczy "jestem poważnym filmem, traktujcie mnie serio!" - zaczynając od tematyki, a na czarno-białej konwencji kończąc. Fakt, że obraz jest monochromatyczny nie byłby dla mnie problemem - choć raczej wolę piękne i estetyczne filmy, niż te kręcone z minimalistycznym podejściem do scenografii i formy - gdyby tylko faktycznie całość nadrabiała treścią, dialogami, aktorstwem, muzyką, słowem - czymś, co byłoby uzupełnieniem. Tutaj zupełnie tego nie ma. Mamy więc zupełnie zupełny minimalizm estetyczny- czarno-białe zdjęcia (swoją drogą - kadrowanie w tym filmie doprowadzało mnie do szału. Naprawdę, nie mam ochoty oglądać twarzy bohaterki wciśniętej w róg, uciętej od nosa w dół, kiedy resztę kadru wypełnia ściana.), ubogą scenografię, niewiele wnętrz czy krajobrazów, które mogłyby cieszyć oko widza. Wizualnie - zupełne nic. Ale tak jak mówiłam - to byłoby nawet uzasadnione, wszak akcja rozgrywa się w Polsce Ludowej z lat 60, można zrozumieć pewien ascetyzm. Jednak w tym wypadku trzeba było widza zainteresować czymś innym, warstwą fabularną.
A ta prezentuje się raczej miernie. Historia jest do bólu przewidywalna, do tego przedstawiona w taki sposób, że ja zaczęłam ziewać mniej więcej po dwudziestu minutach. Temat sprawy Żydów i stosunków, jaki mieli do nich Polacy podczas II Wojny Światowej i bezpośrednio po niej podejmowało już wcześniej "Pokłosie" i zrobiło to o niebo lepiej - dosadniej, prawdziwiej, po prostu dużo bardziej wiarygodnie. W "Idzie" tajemnica tajemnicą wcale nie jest - z zachowania ciotki można wywnioskować, że od początku wiedziała, jak zginęła jej siostra, nie zaskoczyło jej to w ogóle. To absolutnie nie ujmuje tragedii, jednak po co udawać przed widzem, że mamy do czynienia z jakąś zagadką, kiedy całą sprawę, można było wyjaśnić podczas pierwszych piętnastu minut? To kręcenie sztucznego dramatu, próba wymuszenia tego, że osoba oglądająca się przejmie, westchnie, zrobi jej się żal. Szczerze? Nie. Nie odczułam żadnej z tych emocji, bo miałam wrażenie, że nawet główna bohaterka ich nie odczuwa. I w tym chyba tkwi największy kłopot filmu - dlaczego ja mam w ogóle przejmować się dramatem i tragedią tych ludzi, kiedy sama Ida zdaje się mieć absolutnie wylane (żeby dosadniej tego nie określić) na to, co się stało z jej rodziną? Na jej twarzy nie widać żadnych emocji (choć to chyba wina miernego aktorstwa, do którego za moment wrócę), z jej ust nie pada ani jedno słowo współczucia, żalu, pretensji, zrozumienia, słowem - nic, co pokazywałoby, że w ogóle dotarła do niej ta sytuacja. Nie sposób czuć cokolwiek podczas seansu, kiedy nie mamy żadnego punktu zaczepienia. Tak, grana przez Kuleszę ciotka reaguje, reaguje w sposób dość żywiołowy, ale kiedy jest to zestawione z obojętnością Idy... Cóż, wypada to niestety nieco karykaturalnie i teatralnie.
Dodatkowo... Wątek romansu Idy. Dlaczego. Po co. Tak bardzo niepotrzebny. Tak bardzo głupi i wyciągnięty typowo z czarnej dziury fabularnej. Nieuzasadniony, nieumotywowany, niewyjaśniony, ciśnięty widzowi w twarz na zasadzie "masz, ciesz się, pokazaliśmy ci taką SUBTELNĄ scenę!". W tamtym momencie gryzłam już poduszki ze złości, bo nie byłam w stanie wytrzymać nadmiaru głupoty, która lała mi się z ekranu na kolana.
Oprócz tego scenariusz ma jedną, podstawową wadę, a są nią dialogi. Jest ich przerażająco niewiele, co samo w sobie utrudnia zadanie stworzenia dobrego filmu. Zgadzam się, że sceny nieme są najbardziej wyraziste i emocjonalne, jednak kiedy większość scen taka jest, to niestety tracą one swój wyraz. Kiedy już pojawią się kwestie postaci to są one... Niezręczne, głupie i po prostu nierealne. Mój ulubiony przykład, który w sumie niczego nie spoileruje - na drugi dzień, po spotkaniu ciotki Ida udaje się z nią w podróż do rodzinnego domu. I właśnie wtedy pada z ust Wandy pytanie "Czy miewasz czasem grzeszne myśli natury cielesnej?".
. . .
Przyznacie sami - tak się nie zaczyna niezobowiązującej pogawędki z siostrzenicą, którą w sumie ledwo się zna. I tak to właśnie wygląda! Kiedy już coś pada z ust postaci to jest to tak zupełnie oderwane od rzeczywistości, że nie jestem w stanie w to uwierzyć! Nie istnieją żadne rozmowy, które nie byłyby "poważne" i "dramatyczne"! Jaki geniusz stwierdził, że to wyjdzie dobrze?!
Koszmarny scenariusz, dialogi, zupełnie nieudana fabuła... Więc może chociaż aktorzy się spisali?
. . .
Nie.
Grająca Idę Agata Trzebuchowska jest koszmarna. Powiem szczerze, że z przyjaciółkami ochrzciłyśmy ją mianem polskiej Kristen Stewart... Choć z drugiej strony, żeby przez 80 minut filmu nie zmienić wyrazu twarzy to też trzeba mieć talent, prawda? Jakby mało było tego, że jej postać jest irytująca i zupełnie nijaka, aktorka sprawia, że jest równocześnie trudna do oglądania - bo co to za przyjemność patrzeć na kawał drewna na ekranie? Nieco lepiej sprawa wygląda w przypadku Agaty Kuleszy, jednak uważam, że ten występ był całkowicie poniżej jej możliwości aktorskich. Dochodzi jeszcze przerysowanie, o którym już pisałam - tak całkowicie różne reakcje wypadają po prostu źle i niewiarygodnie, przez co Wanda w moich oczach stała się postacią nierzeczywistą. Jej postępowanie jest dla mnie irracjonalne - początkowo przecież nie chce się w ogóle widzieć z siostrzenicą, by później tak naprawdę sprawiać wrażenie jedynej osoby, której zależy na ich podróży. Ta przemiana jest natychmiastowa, nic do niej nie prowadzi, brak motywacji. Ot, po prostu uwierzcie nam na słowo. Jak zresztą przez cały film.
Dodajmy jeszcze do tego beznadziejny dźwięk i fatalną dykcję aktorów. Nieważne jak głośno człowiek ustawiał odbiornik - nie dało rady dokładnie usłyszeć, co mówią do siebie postaci w tych rzadkich momentach, gdy postanawiały się w ogóle do siebie odezwać. Czy naprawdę proszę o tak wiele? Chcę tylko obejrzeć polski film bez konieczności:
1. Oglądania go z napisami, żeby w ogóle rozumieć co tam się dzieje
2. Manipulowania dźwiękiem co pięć sekund, kiedy dialogi są jakieś dziesięć razy cichsze niż muzyka czy dźwięki tła?
Czuję się oszukana. Oszukana przez ten film, przez Akademię, przez wszystkich krytyków, przez każdą jedną nagrodę i nominację. Cała otoczka wokół tego obrazu dodatkowo potęguje moje rozczarowanie i sprawia, że moja ocena jest wręcz fatalna. Nie było niczego, co mogłabym ocenić w tym filmie typowo na plus - są rzeczy mniej lub bardziej irytujące, są w końcu takie, które są mi zupełnie obojętne (jak chociażby muzyka), ale nic nie wzbudza mojej aprobaty! Nie do pomyślenia wydaje mi się fakt, że tak napompowano balonik z popularnością, podczas kiedy dużo lepsze "Pokłosie" jest przez publikę linczowane i nigdy nie zostało w szerszy świat puszczone. Depresja mnie dopada na myśl o tej abominacji filmu. Nie rozumiem, nie zrozumiem, nie chcę zrozumieć co takiego jest w tym czymś, że aż tyle osób się zachwyciło. Ja absolutnie nie podzielam ich zdania.
Młoda Anna (Agata Trzebuchowska) jest sierotą i od dziecka wychowuje się w zakonie. Sama także pragnie przyjąć śluby, jednak przed tym matka przełożona wysyła ją do nieznanej ciotki (Agata Kulesza). To tu Anna odkryje, że tak naprawdę nazywa się Ida Lebenstein i jest córką pary Żydów, którzy zmarli podczas wojny. Wraz z ciotką - byłą prokurator, obecnie poważaną sędzią - rozpocznie podróż, która doprowadzi je obie do zdarzeń z przeszłości i prawdy o nich samych.
Muszę przyznać, że dawno nie widziałam filmu tak pretensjonalnego i aspirującego do bycia "subtelnym", jak "Ida". Wszystko tutaj aż krzyczy "jestem poważnym filmem, traktujcie mnie serio!" - zaczynając od tematyki, a na czarno-białej konwencji kończąc. Fakt, że obraz jest monochromatyczny nie byłby dla mnie problemem - choć raczej wolę piękne i estetyczne filmy, niż te kręcone z minimalistycznym podejściem do scenografii i formy - gdyby tylko faktycznie całość nadrabiała treścią, dialogami, aktorstwem, muzyką, słowem - czymś, co byłoby uzupełnieniem. Tutaj zupełnie tego nie ma. Mamy więc zupełnie zupełny minimalizm estetyczny- czarno-białe zdjęcia (swoją drogą - kadrowanie w tym filmie doprowadzało mnie do szału. Naprawdę, nie mam ochoty oglądać twarzy bohaterki wciśniętej w róg, uciętej od nosa w dół, kiedy resztę kadru wypełnia ściana.), ubogą scenografię, niewiele wnętrz czy krajobrazów, które mogłyby cieszyć oko widza. Wizualnie - zupełne nic. Ale tak jak mówiłam - to byłoby nawet uzasadnione, wszak akcja rozgrywa się w Polsce Ludowej z lat 60, można zrozumieć pewien ascetyzm. Jednak w tym wypadku trzeba było widza zainteresować czymś innym, warstwą fabularną.
A ta prezentuje się raczej miernie. Historia jest do bólu przewidywalna, do tego przedstawiona w taki sposób, że ja zaczęłam ziewać mniej więcej po dwudziestu minutach. Temat sprawy Żydów i stosunków, jaki mieli do nich Polacy podczas II Wojny Światowej i bezpośrednio po niej podejmowało już wcześniej "Pokłosie" i zrobiło to o niebo lepiej - dosadniej, prawdziwiej, po prostu dużo bardziej wiarygodnie. W "Idzie" tajemnica tajemnicą wcale nie jest - z zachowania ciotki można wywnioskować, że od początku wiedziała, jak zginęła jej siostra, nie zaskoczyło jej to w ogóle. To absolutnie nie ujmuje tragedii, jednak po co udawać przed widzem, że mamy do czynienia z jakąś zagadką, kiedy całą sprawę, można było wyjaśnić podczas pierwszych piętnastu minut? To kręcenie sztucznego dramatu, próba wymuszenia tego, że osoba oglądająca się przejmie, westchnie, zrobi jej się żal. Szczerze? Nie. Nie odczułam żadnej z tych emocji, bo miałam wrażenie, że nawet główna bohaterka ich nie odczuwa. I w tym chyba tkwi największy kłopot filmu - dlaczego ja mam w ogóle przejmować się dramatem i tragedią tych ludzi, kiedy sama Ida zdaje się mieć absolutnie wylane (żeby dosadniej tego nie określić) na to, co się stało z jej rodziną? Na jej twarzy nie widać żadnych emocji (choć to chyba wina miernego aktorstwa, do którego za moment wrócę), z jej ust nie pada ani jedno słowo współczucia, żalu, pretensji, zrozumienia, słowem - nic, co pokazywałoby, że w ogóle dotarła do niej ta sytuacja. Nie sposób czuć cokolwiek podczas seansu, kiedy nie mamy żadnego punktu zaczepienia. Tak, grana przez Kuleszę ciotka reaguje, reaguje w sposób dość żywiołowy, ale kiedy jest to zestawione z obojętnością Idy... Cóż, wypada to niestety nieco karykaturalnie i teatralnie.
Dodatkowo... Wątek romansu Idy. Dlaczego. Po co. Tak bardzo niepotrzebny. Tak bardzo głupi i wyciągnięty typowo z czarnej dziury fabularnej. Nieuzasadniony, nieumotywowany, niewyjaśniony, ciśnięty widzowi w twarz na zasadzie "masz, ciesz się, pokazaliśmy ci taką SUBTELNĄ scenę!". W tamtym momencie gryzłam już poduszki ze złości, bo nie byłam w stanie wytrzymać nadmiaru głupoty, która lała mi się z ekranu na kolana.
Oprócz tego scenariusz ma jedną, podstawową wadę, a są nią dialogi. Jest ich przerażająco niewiele, co samo w sobie utrudnia zadanie stworzenia dobrego filmu. Zgadzam się, że sceny nieme są najbardziej wyraziste i emocjonalne, jednak kiedy większość scen taka jest, to niestety tracą one swój wyraz. Kiedy już pojawią się kwestie postaci to są one... Niezręczne, głupie i po prostu nierealne. Mój ulubiony przykład, który w sumie niczego nie spoileruje - na drugi dzień, po spotkaniu ciotki Ida udaje się z nią w podróż do rodzinnego domu. I właśnie wtedy pada z ust Wandy pytanie "Czy miewasz czasem grzeszne myśli natury cielesnej?".
. . .
Przyznacie sami - tak się nie zaczyna niezobowiązującej pogawędki z siostrzenicą, którą w sumie ledwo się zna. I tak to właśnie wygląda! Kiedy już coś pada z ust postaci to jest to tak zupełnie oderwane od rzeczywistości, że nie jestem w stanie w to uwierzyć! Nie istnieją żadne rozmowy, które nie byłyby "poważne" i "dramatyczne"! Jaki geniusz stwierdził, że to wyjdzie dobrze?!
Koszmarny scenariusz, dialogi, zupełnie nieudana fabuła... Więc może chociaż aktorzy się spisali?
. . .
Nie.
Grająca Idę Agata Trzebuchowska jest koszmarna. Powiem szczerze, że z przyjaciółkami ochrzciłyśmy ją mianem polskiej Kristen Stewart... Choć z drugiej strony, żeby przez 80 minut filmu nie zmienić wyrazu twarzy to też trzeba mieć talent, prawda? Jakby mało było tego, że jej postać jest irytująca i zupełnie nijaka, aktorka sprawia, że jest równocześnie trudna do oglądania - bo co to za przyjemność patrzeć na kawał drewna na ekranie? Nieco lepiej sprawa wygląda w przypadku Agaty Kuleszy, jednak uważam, że ten występ był całkowicie poniżej jej możliwości aktorskich. Dochodzi jeszcze przerysowanie, o którym już pisałam - tak całkowicie różne reakcje wypadają po prostu źle i niewiarygodnie, przez co Wanda w moich oczach stała się postacią nierzeczywistą. Jej postępowanie jest dla mnie irracjonalne - początkowo przecież nie chce się w ogóle widzieć z siostrzenicą, by później tak naprawdę sprawiać wrażenie jedynej osoby, której zależy na ich podróży. Ta przemiana jest natychmiastowa, nic do niej nie prowadzi, brak motywacji. Ot, po prostu uwierzcie nam na słowo. Jak zresztą przez cały film.
Dodajmy jeszcze do tego beznadziejny dźwięk i fatalną dykcję aktorów. Nieważne jak głośno człowiek ustawiał odbiornik - nie dało rady dokładnie usłyszeć, co mówią do siebie postaci w tych rzadkich momentach, gdy postanawiały się w ogóle do siebie odezwać. Czy naprawdę proszę o tak wiele? Chcę tylko obejrzeć polski film bez konieczności:
1. Oglądania go z napisami, żeby w ogóle rozumieć co tam się dzieje
2. Manipulowania dźwiękiem co pięć sekund, kiedy dialogi są jakieś dziesięć razy cichsze niż muzyka czy dźwięki tła?
Czuję się oszukana. Oszukana przez ten film, przez Akademię, przez wszystkich krytyków, przez każdą jedną nagrodę i nominację. Cała otoczka wokół tego obrazu dodatkowo potęguje moje rozczarowanie i sprawia, że moja ocena jest wręcz fatalna. Nie było niczego, co mogłabym ocenić w tym filmie typowo na plus - są rzeczy mniej lub bardziej irytujące, są w końcu takie, które są mi zupełnie obojętne (jak chociażby muzyka), ale nic nie wzbudza mojej aprobaty! Nie do pomyślenia wydaje mi się fakt, że tak napompowano balonik z popularnością, podczas kiedy dużo lepsze "Pokłosie" jest przez publikę linczowane i nigdy nie zostało w szerszy świat puszczone. Depresja mnie dopada na myśl o tej abominacji filmu. Nie rozumiem, nie zrozumiem, nie chcę zrozumieć co takiego jest w tym czymś, że aż tyle osób się zachwyciło. Ja absolutnie nie podzielam ich zdania.
wtorek, 8 sierpnia 2017
"Aviator" czyli marzenia perfekcjonisty
Leonardo DiCaprio, Cate Blanchett i Martin Scorsese - kiedy w jednym filmie znajdujemy wszystkie te trzy nazwiska to mam wrażenie, że mamy prawo wymagać filmu wielkiego, niebanalnego i wręcz zapierającego dech. "Aviator" był nominowany do Oscara 11 (!) kategoriach i zgarnął 5 statuetek (a ludzie czepiają się "La La Landu"...) - czy słusznie?
Howard Hughes (Leonardo DiCaprio) w latach 20. był jednym z milionerów w USA. Młody, przystojny i genialny - intrygował więc nie tylko swoich partnerów biznesowych, ale i kobiety. Początkowo zarabiał na produkcji filmów, jednak jego największą pasją były lotnictwo i latanie. Zakłada więc linie lotnicze i od tej pory topi masę pieniędzy w projektowanie i budowanie kolejnych latających kolosów, chcąc wbić się na rynek lotów międzynarodowych. Jednak przyjdzie mu zmierzyć się z konkurencją, rządem i - przede wszystkim - samym sobą i swoimi problemami.
Mam ostatnio niesamowitego farta to wybierania sobie filmów biograficznych ludzi, o których nie mam zupełnie pojęcia. Tym bardziej cieszę się, kiedy mogę poznawać nowe, nieznane historie i tak było i teraz. Howard Hughes musiał być postacią fascynującą, genialną i przerażającą jednocześnie. W filmie reżyser nie tyle skupił się na jego dokonaniach, w tle jedynie nakreślając nam, jak jego samoloty łamały kolejne rekordy, co na psychice i życiu prywatnym potentata. Jego relacje z ludźmi i podeście do świata były trudne, perfekcjonizm przeszkadzał w osiąganiu celu, a nerwice (nie umiem nazwać tego inaczej, ten człowiek nie dotykał klamek!) nie pozwalały mu właściwie na wychodzenie z domu bez stresu. DiCaprio... Cóż, jest świetny, ale to chyba żadne zaskoczenie. Odnajduje się zarówno w momentach, kiedy Hughes bryluje w towarzystwie, jak i w scenach, kiedy ten przeżywa załamanie. Sceny przerażenia, kiedy on sam nie do końca rozumie, co się z nim dzieje - majstersztyk. Czego zabrakło do Oscara? Ciężko powiedzieć, DiCaprio tylko razy miał po prostu pecha, że... Cóż być może i teraz brakowało mu odrobiny szczęścia, choć muszę przyznać, że nie była to najlepsza z jego ról - był dobry, ale brakowało jakiejś iskry, którą wiem, że mógł z siebie wykrzesać.
Wiecie za to, kto absolutnie zmiata konkurencję w każdym konkursie? Cate Blanchett. Mój Boże, jaka ona jest tutaj wspaniała. Bryluje w roli aktorki Katharine Hepburn, czaruje widza, Hughesa i wszystkich dokoła. Jej uśmiech, maniera, cudowny wdzięk i elegancja sprawiają, że osobiście nie mogłam oderwać od niej wzroku ani przez moment. Kiedy pojawiała się na ekranie moja ocena dla tego filmu skakała o jakieś dwa oczka w górę i żałuję, że tak krótko (w stosunku do całej długości seansu) było mi dane się nią cieszyć. Całkowicie zasłużone nagrody w mojej opinii, jedna z lepszych ról Cate w ogóle.
Poza tym aktorstwo prezentuje się dobrze, jednak podobnie, jak w u DiCaprio, nikt się za bardzo nie wyróżnia. Włożono tu kawał solidnej pracy, Kate Beckinsale jest urocza, Alan Alda całkiem przekonujący, ale ciągle - to nie są bardzo zapadające w pamięć występy, które wymienicie w pierwszej kolejności, kiedy ktoś was zapyta o najlepsze role tychże aktorów.
Mocnym punktem filmu są zdjęcia, zwłaszcza te, które robiono w locie. Wykonane z fantazją dodają lekkości i realności opowieści, wszystkie sceny akrobacji powietrznych dzięki nim są po prostu genialne. Nie rozumiem za to zbytnio zachwytów nad kostiumami - dla mnie nie były niczym specjalnym, ot odwzorowanie strojów sprzed kilkudziesięciu lat...
Były zachwyty, więc teraz więc może o słabych punktach. Przede wszystkim mam wrażenie, że film nieco się pogubił gdzieś w połowie. Z jednej strony skupiliśmy się na psychice Hughesa - świetnie, to ciekawy wątek, świetnie się go ogląda. Zaraz jednak porzucamy go, przechodzimy do jego relacji z kobietami, równocześnie w ogóle nie zaznaczając, że mężczyzna był żonaty... Hm, no dobrze, nie każdy film biograficzny ujmuje wszystkie fakty. Ale następna wolta tematyczna! Tym razem problemy Howarda z rządem! Wszystko niby razem powinno tworzyć całość, ale mam wrażenie, że wkradł się lekki chaos. Do tego... No cóż, po drugiej godzinie widz zaczyna się nudzić. Zakończenie też trochę rozczarowuje, bo jest tak bardzo otwarte, że... Właściwie nie dowiadujemy się niczego. Równie dobrze mogłabym czekać na drugą część, która dokończy mi historię tego fascynującego człowieka.
"Aviator" to film co najwyżej dobry, a szkoda, by mógł być wybitny. Zabrakło chyba nieco polotu, może trochę więcej wysiłku DiCaprio i zdecydowania reżysera, co konkretnie chce pokazać i od jakiej strony przedstawić nam Hughesa. Nie mniej jednak to nagrodzony wieloma statuetkami tytuł, który warty jest obejrzenia.
Howard Hughes (Leonardo DiCaprio) w latach 20. był jednym z milionerów w USA. Młody, przystojny i genialny - intrygował więc nie tylko swoich partnerów biznesowych, ale i kobiety. Początkowo zarabiał na produkcji filmów, jednak jego największą pasją były lotnictwo i latanie. Zakłada więc linie lotnicze i od tej pory topi masę pieniędzy w projektowanie i budowanie kolejnych latających kolosów, chcąc wbić się na rynek lotów międzynarodowych. Jednak przyjdzie mu zmierzyć się z konkurencją, rządem i - przede wszystkim - samym sobą i swoimi problemami.
Mam ostatnio niesamowitego farta to wybierania sobie filmów biograficznych ludzi, o których nie mam zupełnie pojęcia. Tym bardziej cieszę się, kiedy mogę poznawać nowe, nieznane historie i tak było i teraz. Howard Hughes musiał być postacią fascynującą, genialną i przerażającą jednocześnie. W filmie reżyser nie tyle skupił się na jego dokonaniach, w tle jedynie nakreślając nam, jak jego samoloty łamały kolejne rekordy, co na psychice i życiu prywatnym potentata. Jego relacje z ludźmi i podeście do świata były trudne, perfekcjonizm przeszkadzał w osiąganiu celu, a nerwice (nie umiem nazwać tego inaczej, ten człowiek nie dotykał klamek!) nie pozwalały mu właściwie na wychodzenie z domu bez stresu. DiCaprio... Cóż, jest świetny, ale to chyba żadne zaskoczenie. Odnajduje się zarówno w momentach, kiedy Hughes bryluje w towarzystwie, jak i w scenach, kiedy ten przeżywa załamanie. Sceny przerażenia, kiedy on sam nie do końca rozumie, co się z nim dzieje - majstersztyk. Czego zabrakło do Oscara? Ciężko powiedzieć, DiCaprio tylko razy miał po prostu pecha, że... Cóż być może i teraz brakowało mu odrobiny szczęścia, choć muszę przyznać, że nie była to najlepsza z jego ról - był dobry, ale brakowało jakiejś iskry, którą wiem, że mógł z siebie wykrzesać.
Wiecie za to, kto absolutnie zmiata konkurencję w każdym konkursie? Cate Blanchett. Mój Boże, jaka ona jest tutaj wspaniała. Bryluje w roli aktorki Katharine Hepburn, czaruje widza, Hughesa i wszystkich dokoła. Jej uśmiech, maniera, cudowny wdzięk i elegancja sprawiają, że osobiście nie mogłam oderwać od niej wzroku ani przez moment. Kiedy pojawiała się na ekranie moja ocena dla tego filmu skakała o jakieś dwa oczka w górę i żałuję, że tak krótko (w stosunku do całej długości seansu) było mi dane się nią cieszyć. Całkowicie zasłużone nagrody w mojej opinii, jedna z lepszych ról Cate w ogóle.
Poza tym aktorstwo prezentuje się dobrze, jednak podobnie, jak w u DiCaprio, nikt się za bardzo nie wyróżnia. Włożono tu kawał solidnej pracy, Kate Beckinsale jest urocza, Alan Alda całkiem przekonujący, ale ciągle - to nie są bardzo zapadające w pamięć występy, które wymienicie w pierwszej kolejności, kiedy ktoś was zapyta o najlepsze role tychże aktorów.
Mocnym punktem filmu są zdjęcia, zwłaszcza te, które robiono w locie. Wykonane z fantazją dodają lekkości i realności opowieści, wszystkie sceny akrobacji powietrznych dzięki nim są po prostu genialne. Nie rozumiem za to zbytnio zachwytów nad kostiumami - dla mnie nie były niczym specjalnym, ot odwzorowanie strojów sprzed kilkudziesięciu lat...
Były zachwyty, więc teraz więc może o słabych punktach. Przede wszystkim mam wrażenie, że film nieco się pogubił gdzieś w połowie. Z jednej strony skupiliśmy się na psychice Hughesa - świetnie, to ciekawy wątek, świetnie się go ogląda. Zaraz jednak porzucamy go, przechodzimy do jego relacji z kobietami, równocześnie w ogóle nie zaznaczając, że mężczyzna był żonaty... Hm, no dobrze, nie każdy film biograficzny ujmuje wszystkie fakty. Ale następna wolta tematyczna! Tym razem problemy Howarda z rządem! Wszystko niby razem powinno tworzyć całość, ale mam wrażenie, że wkradł się lekki chaos. Do tego... No cóż, po drugiej godzinie widz zaczyna się nudzić. Zakończenie też trochę rozczarowuje, bo jest tak bardzo otwarte, że... Właściwie nie dowiadujemy się niczego. Równie dobrze mogłabym czekać na drugą część, która dokończy mi historię tego fascynującego człowieka.
"Aviator" to film co najwyżej dobry, a szkoda, by mógł być wybitny. Zabrakło chyba nieco polotu, może trochę więcej wysiłku DiCaprio i zdecydowania reżysera, co konkretnie chce pokazać i od jakiej strony przedstawić nam Hughesa. Nie mniej jednak to nagrodzony wieloma statuetkami tytuł, który warty jest obejrzenia.
poniedziałek, 7 sierpnia 2017
Remake kontratakuje! - "Bez przebaczenia"
Mam mieszane uczucia co do osoby Clinta Eastwooda. Z jednej strony... Nie przepadam z nim, jako za aktorem. Z drugiej filmy, które kręci naprawdę mi się podobają! Kiedy więc zobaczyłam, że Eastwood zarówno wyreżyserował jak i zagrał w "Bez przebaczenia" musiałam chwilę bić się z samą sobą. Jednak cóż, w końcu się skusiłam. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że dwadzieścia lat później tę samą historię postanowił opowiedzieć japoński reżyser Sang-il Lee!
Historie są bardzo podobne - mężczyzna, który w swoim życiu dokonał wiele złego obecnie żyje samotnie, wychowując dwójkę dzieci i wciąż opłakując stratę żony. Jednak nie wiedzie mu się dobrze - brakuje pieniędzy, a on boi się, że jego rodzina będzie głodować. Dlatego decyduje się po raz kolejny zabić na zlecenie. Jego zleceniodawcami są prostytutki, chcące się zemścić na mężczyznach, którzy pocięli twarz jednej z nich. Jednak na straży porządku w miasteczku stoi okrutny szeryf, zlecenie więc może nie okazać się takie proste, jak początkowo wydawało się bohaterowi i jego wspólnikom.
Tak wygląda ogólny zarys, z tym, że obie produkcje podeszły do niego inaczej. Podobny jest czas - akcja dzieje się pod koniec XIX wieku. Eastwood swój film osadził w realiach dzikiego zachodu. Willy jest starym kowbojem, zabijaką, w filmie możemy oglądać masę mężczyzn prezentujących pistolety i popisujących się umiejętnościami strzelania. Muszę przyznać, że przez to film ma świetny klimat - małe, zapyziałe miasteczko, którym rządzi tak naprawdę szeryf, a głównym ośrodkiem kulturalnym jest burdel, to coś, co widzieliśmy już w kilka opowieściach i do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Lee podszedł do sprawy zupełnie inaczej i słusznie! Tutaj mamy do czynienia z wioską na wyspie Hokkaido, bohater jest starym samurajem, a wszystkie niesamowite potyczki rozgrywane są przy pomocy broni białej. W dodatku pojawia się konflikt między Japończykami, a rdzennymi mieszkańcami Hokkaido, Ajnosami. Problem pojawia się jednak w niewiedzy przeciętnego widza - myślę, że aby w pełni docenić film, trzeba by było znać historię Japonii, a to nie jest wiedza, którą prezentuje każdy. Dla mnie dodatkowe wątki były czymś ciekawym i ubarwiającym, jednak rozumiem, że dla części oglądających mogłyby być niezrozumiałe. Do tego... Cóż, muszę przyznać, że chyba bardziej pasuje mi klimat zachodni, kiedy mowa o tego typu historii - walki o sprawiedliwość, dywagacji, czym ta sprawiedliwość w ogóle jest i jakich środków można użyć, by ją osiągnąć. Japończycy mają swój własny styl i muszę przyznać, że ich wersja jest równie dobra (pod względem fabularnym) co oryginał, dużo klimatu dodają też walki mieczami, jednak... Mimo wszystko punkt dla Eastwooda.
Tak wygląda ogólny zarys, z tym, że obie produkcje podeszły do niego inaczej. Podobny jest czas - akcja dzieje się pod koniec XIX wieku. Eastwood swój film osadził w realiach dzikiego zachodu. Willy jest starym kowbojem, zabijaką, w filmie możemy oglądać masę mężczyzn prezentujących pistolety i popisujących się umiejętnościami strzelania. Muszę przyznać, że przez to film ma świetny klimat - małe, zapyziałe miasteczko, którym rządzi tak naprawdę szeryf, a głównym ośrodkiem kulturalnym jest burdel, to coś, co widzieliśmy już w kilka opowieściach i do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Lee podszedł do sprawy zupełnie inaczej i słusznie! Tutaj mamy do czynienia z wioską na wyspie Hokkaido, bohater jest starym samurajem, a wszystkie niesamowite potyczki rozgrywane są przy pomocy broni białej. W dodatku pojawia się konflikt między Japończykami, a rdzennymi mieszkańcami Hokkaido, Ajnosami. Problem pojawia się jednak w niewiedzy przeciętnego widza - myślę, że aby w pełni docenić film, trzeba by było znać historię Japonii, a to nie jest wiedza, którą prezentuje każdy. Dla mnie dodatkowe wątki były czymś ciekawym i ubarwiającym, jednak rozumiem, że dla części oglądających mogłyby być niezrozumiałe. Do tego... Cóż, muszę przyznać, że chyba bardziej pasuje mi klimat zachodni, kiedy mowa o tego typu historii - walki o sprawiedliwość, dywagacji, czym ta sprawiedliwość w ogóle jest i jakich środków można użyć, by ją osiągnąć. Japończycy mają swój własny styl i muszę przyznać, że ich wersja jest równie dobra (pod względem fabularnym) co oryginał, dużo klimatu dodają też walki mieczami, jednak... Mimo wszystko punkt dla Eastwooda.
Ale wszyscy wiemy, że fabuła i akcja to jedno. Równie ważny jest główny bohater - często jego postawa i wybory mogą nam zepsuć całą frajdę z oglądania.
Nie spodziewałam się, że to powiem kiedykolwiek, ale urzekł mnie Eastwood. Pełen sprzecznych emocji Will wydaje się być jego typem postaci - to twardziel, który nigdy się nie waha, szybko strzela, a dopiero potem zadaje pytania - i początkowo nie pałałam do niego sympatią. Myślałam "ot, typowa kreacja Eastwooda, już to widziałam". Ale potem jednak ten bohater zaczął się rozwijać, pokazywać więcej emocji i to bardzo mi się spodobało. Clint zrobił to fantastycznie - połączył twardego kowboja z człowiekiem z problemami, który boi się śmierci i tęskni za ukochaną żoną. Watanabe jest... Inny. Brakuje mu tej powierzchowności, która początkowo mi tak przeszkadzała - patrząc na niego ciężko uwierzyć, że naprawdę był pogromem całej okolicy i jego sława okrążyła całą Hokkaido. Paradoksalnie jego postać niespecjalnie się wyróżnia - uwagę kradną inne, przez co on sam traci zainteresowanie widza. Brakowało mi więcej wyrazu, choć jego występ oceniam jako naprawdę dobry! Po prostu... Eastwood był lepszy.
Jednak moje serce od początku należało do przeciwnika naszego bohatera - szeryfa, który rządzi miasteczkiem. Zarówno w amerykańskiej, jak i japońskiej wersji to osoba wpływowa, potężna i charyzmatyczna, ciesząca się posłuchem i szacunkiem. Który z aktorów stworzył lepszą kreację tejże postaci?
Obie te role wbrew pozorom są podobne, obie wersje bardzo do siebie zbliżone. Hackman wprowadził więcej okrucieństwa w swoją grę - jego szeryf to postać, co do której można powiedzieć, że ma nawet zapędy dyktatorskie, wszak wymaga zupełnego posłuszeństwa. Jednak to, co zrobił Sato podbiło mnie zupełnie. Postać Ichizo to zimny drań, który z uśmiechem wypełnia swe obowiązki, jednak nie waha się wyciągnąć miecza i zaatakować intruzów. Jego chłodna postawa idealnie pasowała mi do konceptu japońskiego stróża prawa - honor i szacunek przede wszystkim, zasady to świętość, nawet jeśli w egzekwowaniu ich pewną granicę się przekroczy to wszystko jest uzasadnione. Obaj panowie wywiązali się ze swoich zadań po mistrzowsku, a ja uważam ich postaci za najlepsze i najbardziej wyraziste w całym filmie, ale Sato... Cóż, on właśnie był jednym z aktorów, który totalnie przyćmił Watanabe, a to samo mówi, jak niesamowity występ dał.
Tu jeszcze jedno wtrącenie - punt dla obydwu scenarzystów za stworzenie tak cudownych postaci. Ich dwuznaczność, ich motywy - to wszystko jest po prostu genialne. To idealny przykład postaci, którym powinniśmy kibicować, bo przecież są dobre i stoją na straży prawa, jednak nie jesteśmy w stanie się do nich przekonać, bo mają w sumie mniej honoru, niż główny bohater-morderca.
Tu jeszcze jedno wtrącenie - punt dla obydwu scenarzystów za stworzenie tak cudownych postaci. Ich dwuznaczność, ich motywy - to wszystko jest po prostu genialne. To idealny przykład postaci, którym powinniśmy kibicować, bo przecież są dobre i stoją na straży prawa, jednak nie jesteśmy w stanie się do nich przekonać, bo mają w sumie mniej honoru, niż główny bohater-morderca.
Werdykt? Mimo wszystko Clint Eastwood zrobił to lepiej. Nie licząc postaci szeryfa jego film po prostu... Ma to "coś". Doliczmy do obsady Morgana Freemana w świetnej roli, doskonałe kreacje prostytutek czy młodego chłopaczka, który bardzo chce zostać lokalnym zabijaką, a naprawdę wychodzi nam świetny film. Jasne, w japońskiej wersji również to wszystko jest, ale... Brakuje tej iskry, tego przekonania widza. Mocnym punktem remake'u mogły być dodatkowe wątki (konflikt etniczny), ale mam wrażenie, że reżyser nie dość mocny akcent na nie położył. Może trzeba było zrezygnować z dokładnego odwzorowania fabuły oryginału, a pójść bardziej w stronę nowego i świeżego? Cóż, tego się nie dowiemy, ale jednak "Bez przebaczenia" sprawia, że zaczynam się do Eastwooda przekonywać.
piątek, 4 sierpnia 2017
"Braveheart - Waleczne serce" czyli szkocki przepis na wolność
Sama nie wiem czemu tak długo wzbraniałam się przed obejrzeniem "Braveheart". Chyba dlatego, że uznany jest już w pewnym sensie za film kultowy, doceniony, nagrodzony i ogólnie - wielki. A ja boję się tego typu tytułów, zwyczajnie boję się... Bo co jeśli mój mały móżdżek nie pojmie ich "wielkości"?! Jeśli wyjdę na ignorantkę i pogrążę się?! Ale cóż, nie po to dano mi własny rozum i opinię, żeby leżały na półce nieużywane, więc zabrałam się i za ten film!
W dzieciństwie William (Mel Gibson) stracił ojca. Wychowany przez wuja jako dorosły mężczyzna wraca do rodzinnej Szkocji, która boryka się z rządami okrutnego króla Anglii, Edwarda. Początkowo umiarkowanie zainteresowany wojną William szybko zmienia swoje nastawienie, kiedy traci ukochaną żonę (Catherine McCormack). Wtedy to rozpoczyna swoją prywatną krucjatę przeciwko Anglikom, zwołując swoich rodaków do walki i przypominając im o dumie, która w nich tkwi.
Dobrym słowem na opisanie tego filmu jest "wielki". To historia nakręcona z tak olbrzymim rozmachem, że zapiera dech w piersiach. Historyczne tło jest zaledwie... No właśnie, tłem - nie należy upatrywać się w fabule biografii Wallace'a, bowiem wydarzenia przedstawione są bardziej w formy legendy, którą ojciec może przekazywać synowi. Pewne wydarzenia się przekoloryzowane, pewne wręcz niemożliwe do uwierzenia, nie zgadzają się też fakty historyczne - ale to jest w porządku, bowiem nie umniejsza to nijak wielkości tej opowieści i wielkości człowieka, o której mówi. Podchodząc do niej właśnie jako do podania, można dużo lepiej zagłębić się w jej treść, a nie czepiać się poszczególnych nieścisłości - mniej nerwów, a i frajda z oglądania większa.
Mel Gibson stanął nie tylko za kamerą, ale też przed nią. Rola Williama nie była łatwa, łączyła w sobie wiele sprzecznych emocji i zachowań - nieraz kompletnie niezrozumiałych, nieraz może nieco patetycznych - ale Gibson wyszedł z tego zadania zwycięsko. Choć moim zdaniem nie grał wybitnie, to wypadł naprawdę przekonująco i dobrze, tworząc bohatera, który na dzień dzisiejszy jest rozpoznawalny przez ogromną rzeszę ludzi. Ogólnie aktorstwo w filmie prezentuje się na poziomie bardzo dobrym, jednak miałabym problem, żeby wskazać kogoś, kto się wyróżnił - raczej brak tu takich charyzmatycznej roli, dzięki której mogłabym skojarzyć danego aktora. Za to totalnie rozwalona jestem przez zdjęcia - Szkocja jest pięknym krajem i niesamowicie się cieszę, że dane mi było podziwiać tak niezwykłe krajobrazy. Do spółki ze zdjęciami - muzyka. Przysięgam, że to jeden z najpiękniejszych soundtracków, jakie słyszałam. Idealnie dobrany, cudownie wpasowujący się w film i nadający mu dodatkowo niesamowity klimat... Nie rozumiem, dlaczego nie dostał Oscara, nie pojmuję, choć nie znam ścieżki dźwiękowej z "Listonosza", która triumfowała w '96 (być może nadrobię, jak tylko znajdę czas... Czyli nigdy xD)... To coś tak cudownego, że mogłabym słuchać jej na okrągło.
Z minusów? Cóż, nie jest ich wiele. Nie będę dopatrywać się błędów batalistycznych (choć zostałam poinformowana, że owszem, są, ale nie znam się na tym, nie wgłębiam się), omijam też błędy historyczne - jak już wcześniej mówiłam, nie traktujmy tej opowieści, jako filmu biograficznego. Pozostaje więc zwyczajowe marudzenie na długość - mam wrażenie, że część scen jest... Z lekka zbędna, szczególnie pod koniec, kiedy wzrasta tempo akcji, a widz czeka z bijącym sercem na rozwiązanie całego konfliktu. Nie do końca kupuję też relację między Williamem, a księżniczką Isabellą - to jest... Niezręczne? Niepotrzebne? Z lekka niewłaściwe? Dla mnie wydawało się dziwne, że mężczyzna mszczący ukochaną kobietę, wplątuje się w relację z inną, ale nie mnie to oceniać. Nie jest to jakaś niesamowita wada i zdecydowanie nie zabrała mi przyjemności z oglądania tego dzieła (tak, nazywam ten film dziełem i nie waham się, by to robić), ale to był taki maleńki zgrzyt.
Bardzo możliwe, że jestem ostatnią osobą na planecie, która nie widziała "Walecznego serca". Jeśli jednak ktoś, podobnie jak ja do niedawna, się uchował, to zachęcam gorąco. A jeśli ktoś oglądał bardzo dawno temu i nie pamięta już filmu dokładnie to też polecam - to jedna z tych pozycji, do których lubi się wracać (ja na pewno wrócę).
W dzieciństwie William (Mel Gibson) stracił ojca. Wychowany przez wuja jako dorosły mężczyzna wraca do rodzinnej Szkocji, która boryka się z rządami okrutnego króla Anglii, Edwarda. Początkowo umiarkowanie zainteresowany wojną William szybko zmienia swoje nastawienie, kiedy traci ukochaną żonę (Catherine McCormack). Wtedy to rozpoczyna swoją prywatną krucjatę przeciwko Anglikom, zwołując swoich rodaków do walki i przypominając im o dumie, która w nich tkwi.
Dobrym słowem na opisanie tego filmu jest "wielki". To historia nakręcona z tak olbrzymim rozmachem, że zapiera dech w piersiach. Historyczne tło jest zaledwie... No właśnie, tłem - nie należy upatrywać się w fabule biografii Wallace'a, bowiem wydarzenia przedstawione są bardziej w formy legendy, którą ojciec może przekazywać synowi. Pewne wydarzenia się przekoloryzowane, pewne wręcz niemożliwe do uwierzenia, nie zgadzają się też fakty historyczne - ale to jest w porządku, bowiem nie umniejsza to nijak wielkości tej opowieści i wielkości człowieka, o której mówi. Podchodząc do niej właśnie jako do podania, można dużo lepiej zagłębić się w jej treść, a nie czepiać się poszczególnych nieścisłości - mniej nerwów, a i frajda z oglądania większa.
Mel Gibson stanął nie tylko za kamerą, ale też przed nią. Rola Williama nie była łatwa, łączyła w sobie wiele sprzecznych emocji i zachowań - nieraz kompletnie niezrozumiałych, nieraz może nieco patetycznych - ale Gibson wyszedł z tego zadania zwycięsko. Choć moim zdaniem nie grał wybitnie, to wypadł naprawdę przekonująco i dobrze, tworząc bohatera, który na dzień dzisiejszy jest rozpoznawalny przez ogromną rzeszę ludzi. Ogólnie aktorstwo w filmie prezentuje się na poziomie bardzo dobrym, jednak miałabym problem, żeby wskazać kogoś, kto się wyróżnił - raczej brak tu takich charyzmatycznej roli, dzięki której mogłabym skojarzyć danego aktora. Za to totalnie rozwalona jestem przez zdjęcia - Szkocja jest pięknym krajem i niesamowicie się cieszę, że dane mi było podziwiać tak niezwykłe krajobrazy. Do spółki ze zdjęciami - muzyka. Przysięgam, że to jeden z najpiękniejszych soundtracków, jakie słyszałam. Idealnie dobrany, cudownie wpasowujący się w film i nadający mu dodatkowo niesamowity klimat... Nie rozumiem, dlaczego nie dostał Oscara, nie pojmuję, choć nie znam ścieżki dźwiękowej z "Listonosza", która triumfowała w '96 (być może nadrobię, jak tylko znajdę czas... Czyli nigdy xD)... To coś tak cudownego, że mogłabym słuchać jej na okrągło.
Z minusów? Cóż, nie jest ich wiele. Nie będę dopatrywać się błędów batalistycznych (choć zostałam poinformowana, że owszem, są, ale nie znam się na tym, nie wgłębiam się), omijam też błędy historyczne - jak już wcześniej mówiłam, nie traktujmy tej opowieści, jako filmu biograficznego. Pozostaje więc zwyczajowe marudzenie na długość - mam wrażenie, że część scen jest... Z lekka zbędna, szczególnie pod koniec, kiedy wzrasta tempo akcji, a widz czeka z bijącym sercem na rozwiązanie całego konfliktu. Nie do końca kupuję też relację między Williamem, a księżniczką Isabellą - to jest... Niezręczne? Niepotrzebne? Z lekka niewłaściwe? Dla mnie wydawało się dziwne, że mężczyzna mszczący ukochaną kobietę, wplątuje się w relację z inną, ale nie mnie to oceniać. Nie jest to jakaś niesamowita wada i zdecydowanie nie zabrała mi przyjemności z oglądania tego dzieła (tak, nazywam ten film dziełem i nie waham się, by to robić), ale to był taki maleńki zgrzyt.
Bardzo możliwe, że jestem ostatnią osobą na planecie, która nie widziała "Walecznego serca". Jeśli jednak ktoś, podobnie jak ja do niedawna, się uchował, to zachęcam gorąco. A jeśli ktoś oglądał bardzo dawno temu i nie pamięta już filmu dokładnie to też polecam - to jedna z tych pozycji, do których lubi się wracać (ja na pewno wrócę).
środa, 2 sierpnia 2017
"I kto to mówi", czyli Mikey odkrywa świat
Pora na coś lżejszego i przyjemniejszego. Moja miłość do dzieci dała o sobie znać i ze szczenięcymi oczami wyprosiłam u chłopaka seans "I kto to mówi".
Molly (Kirstie Alley) zachodzi w ciążę ze swoim żonatym szefem i szybko okazuje się, że zostanie z nową sytuacją kompletnie sama. Kiedy jedzie do szpitala poznaje taksówkarza Jamesa (John Travolta). Od tej pory losy tej dwójki nieustannie się splatają, choć nie łączy ich romantyczne uczucie. Może jednak to się zmieni? I może pomoże im synek Molly (głos Bruce'a Willisa), który przecież od początku wie, kto jest jego prawdziwym tatą?
Rzeczywistość komentowana przez niemowlę - to dopiero pomysł! Mam wrażenie, że potem ten patent zostawał już wykorzystywany nałogowo, choć zazwyczaj jako komentatorów wybierano zwierzęta. Tak więc tutaj poza normalną, dziejącą się fabułą słyszymy też głos Willisa, który zabawnie, a często i trafnie, ocenia otaczający małego Mikeya świat. Poza tym, to typowe kino familijne - jest humor, dużo uroku i zabawnych scen, jest trochę mądrości (nie ten jest ojcem, kto spłodził itp), ale przede wszystkim to kawał porządnej rozrywki. Aktorzy spisują się dobrze, Travolta powala urokiem i uśmiechem, a Alley doskonale mu partneruje grając znerwicowaną, samotną matkę, która musi dopiero odkryć, czego tak naprawdę chce od życia. Między tą dwójką widać rzeczywistą chemię i chyba również dzięki temu tak dobrze się ich ogląda - nie wypadają sztucznie. To przyjemny film, który przy kolejnych seansach wypada równie pociesznie, co za pierwszym. Ot do obejrzenia na rozluźnienie po ciężkim dniu.
Molly (Kirstie Alley) zachodzi w ciążę ze swoim żonatym szefem i szybko okazuje się, że zostanie z nową sytuacją kompletnie sama. Kiedy jedzie do szpitala poznaje taksówkarza Jamesa (John Travolta). Od tej pory losy tej dwójki nieustannie się splatają, choć nie łączy ich romantyczne uczucie. Może jednak to się zmieni? I może pomoże im synek Molly (głos Bruce'a Willisa), który przecież od początku wie, kto jest jego prawdziwym tatą?
Rzeczywistość komentowana przez niemowlę - to dopiero pomysł! Mam wrażenie, że potem ten patent zostawał już wykorzystywany nałogowo, choć zazwyczaj jako komentatorów wybierano zwierzęta. Tak więc tutaj poza normalną, dziejącą się fabułą słyszymy też głos Willisa, który zabawnie, a często i trafnie, ocenia otaczający małego Mikeya świat. Poza tym, to typowe kino familijne - jest humor, dużo uroku i zabawnych scen, jest trochę mądrości (nie ten jest ojcem, kto spłodził itp), ale przede wszystkim to kawał porządnej rozrywki. Aktorzy spisują się dobrze, Travolta powala urokiem i uśmiechem, a Alley doskonale mu partneruje grając znerwicowaną, samotną matkę, która musi dopiero odkryć, czego tak naprawdę chce od życia. Między tą dwójką widać rzeczywistą chemię i chyba również dzięki temu tak dobrze się ich ogląda - nie wypadają sztucznie. To przyjemny film, który przy kolejnych seansach wypada równie pociesznie, co za pierwszym. Ot do obejrzenia na rozluźnienie po ciężkim dniu.
wtorek, 1 sierpnia 2017
"Dystrykt 9" czyli segregacja międzyplanetarna
Wiele jest filmów, które ukazują nienawiść i rasizm. Różne są tła, w których fabuła ma miejsce - raz jest to II Wojna Światowa, raz konflikty w Stanach, a kiedy indziej... Tajemniczy statek kosmiczny, w którym roi się od obcych.
W latach '80. nad Johannesburgiem zawisł ogromny statek kosmiczny. W jego wnętrzu znaleziono ogromną populację obcych, których sprowadzono na Ziemię i zamknięto na terenie Dystryktu 9 - ograniczonej przestrzeni, przypominającej getto. Po prawie 28 latach populacja kosmitów ogromnie się zwiększyła i musi dojść do przesiedlenia. Wikus van de Merwe (Sharlto Copley) ma wręczać obcym powiadomienia o eksmisji i przypadkowo spryskuje się tajemniczą cieczą, która zamienia go powoli w jedną z "krewetek". Rozpoczyna się wyścig - z czasem, z rządem i z własnym teściem, a na mecie czeka możliwość wyleczenia.
Nie spodziewałam się tak ciekawego obrazu - przyznaję to od razu. Na początku nieco irytował mnie dokumentalny styl prezentowania faktów - sytuację, otoczenie, bohatera poznajemy w formie wywiadu i reportażu, przez co tempo jest duże, a widz zostaje zbombardowany ogromną ilością informacji, których nie ma do końca czasu przyswoić. Potem jednak wszystko zwalnia, mamy więcej czasu, by poznać Wikusa i Christophera (takie imię nosi jeden z obcych), a akcja rozwija się w kierunku dużo ciekawszym niż polityka imigracyjna. To taki inny sposób na pokazanie, jak rasistowscy i ksenofobiczni są ludzie, jak boją się inności, jak bardzo czują się "lepsi" od wszystkiego, co nie wygląda tak jak oni. Na dobrą sprawę to mniejsza wersja "Avatara" czy "Pocahontas", z tym, że pozbawiona wątku miłosnego. Ale to działa, bo historia jest czymś świeżym, obcy mają świetny wygląd (i faktycznie trochę przypominają krewetki), a cała opowieść utrzymana jest w dobrym tempie. Do tego zakończenie nie jest tak przewidywalne, jak można by się tego spodziewać.
Wadą dla mnie jest zdecydowanie zbyt mało informacji na temat obcych - ich społecznego porządku, inteligencji, czy chociażby płci! Widzimy jaja, a nawet nie wiemy, czy te stworzenia są obojnakami! Tak, być może przeszkadza to tylko mnie - jestem skłonna w to uwierzyć - ale przeszkadza i nic na to nie poradzę! Ale największym negatywem jest postać głównego bohatera. Wikus van de Merwe to najbardziej irytujący, denerwujący, męczący człowiek, jakiego dane mi było zobaczyć na ekranie. Jest głupi, naiwny, wkurzająco przekonany o własnej wyższości, do tego jest po prostu okrutny (odłączanie jaj i oglądanie, jak larwy powoli giną - NIKT nie przekona mnie, że to niewinne postępowanie, to zwykłe okrucieństwo!) i to wszystko sprawia, że miałam jeden, bardzo poważny problem podczas oglądania tego filmu.
Ponieważ moim największym marzeniem było zobaczyć, jak Wikus umiera.
Owszem, zgodzę się, że takie przedstawienie bohatera jest celowe - mężczyzna z naiwnego korpo-szczura ma przejść przemianę wewnętrzną i odkryć swoje człowieczeństwo... I faktycznie, trochę się może i zmienia, ale na pewno nie w takim stopniu, żebym miała zacząć go tolerować, o lubieniu nawet nie wspomnę. Ja do końca filmu miałam nadzieję, że zobaczę trupa głównego bohatera, bo to moim zdaniem byłaby dla niego faktyczna nauczka i lekcja. Co prawda faktyczne zakończenie również wpasowało się w moje gusta i uznaję je za nie tylko dobre, ale wręcz najlepsze, jakie można było tu stworzyć, jednak przykro mi było oglądać perypetie człowieka, którego do tego stopnia nienawidziłam i którym aż tak gardziłam. To absolutnie nie wina aktora, choć Copley był raczej nijaki w tej roli - sama postać budziła we mnie takie uczucia.
Czy jednak polecam "Dystrykt 9"? Tak i to gorąco. Bo to jednak coś innego, bo zakończenie jest świetne, bo uważam, że takich historii nigdy za wiele - one zawsze są aktualne i warto je pokazywać, abyśmy nigdy nie zapomnieli, że zagrożeniem jest nienawiść w nas samych.
W latach '80. nad Johannesburgiem zawisł ogromny statek kosmiczny. W jego wnętrzu znaleziono ogromną populację obcych, których sprowadzono na Ziemię i zamknięto na terenie Dystryktu 9 - ograniczonej przestrzeni, przypominającej getto. Po prawie 28 latach populacja kosmitów ogromnie się zwiększyła i musi dojść do przesiedlenia. Wikus van de Merwe (Sharlto Copley) ma wręczać obcym powiadomienia o eksmisji i przypadkowo spryskuje się tajemniczą cieczą, która zamienia go powoli w jedną z "krewetek". Rozpoczyna się wyścig - z czasem, z rządem i z własnym teściem, a na mecie czeka możliwość wyleczenia.
Nie spodziewałam się tak ciekawego obrazu - przyznaję to od razu. Na początku nieco irytował mnie dokumentalny styl prezentowania faktów - sytuację, otoczenie, bohatera poznajemy w formie wywiadu i reportażu, przez co tempo jest duże, a widz zostaje zbombardowany ogromną ilością informacji, których nie ma do końca czasu przyswoić. Potem jednak wszystko zwalnia, mamy więcej czasu, by poznać Wikusa i Christophera (takie imię nosi jeden z obcych), a akcja rozwija się w kierunku dużo ciekawszym niż polityka imigracyjna. To taki inny sposób na pokazanie, jak rasistowscy i ksenofobiczni są ludzie, jak boją się inności, jak bardzo czują się "lepsi" od wszystkiego, co nie wygląda tak jak oni. Na dobrą sprawę to mniejsza wersja "Avatara" czy "Pocahontas", z tym, że pozbawiona wątku miłosnego. Ale to działa, bo historia jest czymś świeżym, obcy mają świetny wygląd (i faktycznie trochę przypominają krewetki), a cała opowieść utrzymana jest w dobrym tempie. Do tego zakończenie nie jest tak przewidywalne, jak można by się tego spodziewać.
Wadą dla mnie jest zdecydowanie zbyt mało informacji na temat obcych - ich społecznego porządku, inteligencji, czy chociażby płci! Widzimy jaja, a nawet nie wiemy, czy te stworzenia są obojnakami! Tak, być może przeszkadza to tylko mnie - jestem skłonna w to uwierzyć - ale przeszkadza i nic na to nie poradzę! Ale największym negatywem jest postać głównego bohatera. Wikus van de Merwe to najbardziej irytujący, denerwujący, męczący człowiek, jakiego dane mi było zobaczyć na ekranie. Jest głupi, naiwny, wkurzająco przekonany o własnej wyższości, do tego jest po prostu okrutny (odłączanie jaj i oglądanie, jak larwy powoli giną - NIKT nie przekona mnie, że to niewinne postępowanie, to zwykłe okrucieństwo!) i to wszystko sprawia, że miałam jeden, bardzo poważny problem podczas oglądania tego filmu.
Ponieważ moim największym marzeniem było zobaczyć, jak Wikus umiera.
Owszem, zgodzę się, że takie przedstawienie bohatera jest celowe - mężczyzna z naiwnego korpo-szczura ma przejść przemianę wewnętrzną i odkryć swoje człowieczeństwo... I faktycznie, trochę się może i zmienia, ale na pewno nie w takim stopniu, żebym miała zacząć go tolerować, o lubieniu nawet nie wspomnę. Ja do końca filmu miałam nadzieję, że zobaczę trupa głównego bohatera, bo to moim zdaniem byłaby dla niego faktyczna nauczka i lekcja. Co prawda faktyczne zakończenie również wpasowało się w moje gusta i uznaję je za nie tylko dobre, ale wręcz najlepsze, jakie można było tu stworzyć, jednak przykro mi było oglądać perypetie człowieka, którego do tego stopnia nienawidziłam i którym aż tak gardziłam. To absolutnie nie wina aktora, choć Copley był raczej nijaki w tej roli - sama postać budziła we mnie takie uczucia.
Czy jednak polecam "Dystrykt 9"? Tak i to gorąco. Bo to jednak coś innego, bo zakończenie jest świetne, bo uważam, że takich historii nigdy za wiele - one zawsze są aktualne i warto je pokazywać, abyśmy nigdy nie zapomnieli, że zagrożeniem jest nienawiść w nas samych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







