czwartek, 9 lutego 2017

"Jackie" czyli kawałek amerykańskiej historii

Udało się dziś obejrzeć "Jackie" - film, który od początku bardzo mnie zainteresował. Nie znam dobrze historii Stanów, ale nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek nie słyszał o zamachu na J. F. Kennedy'ego. Przyznaję się jednak - niewiele wiedziałam o jego żonie, tak więc uznałam, że film będzie dobrym sposobem na uzupełnienie wiedzy.
Cóż, ten film na pewno nie jest typową biografią - bardziej skupia się na samej śmierci Kennedy'ego i przygotowaniach do pogrzebu, w których uczestniczyła jego żona. Nie poznajemy Jackie przed małżeństwem, ani długo po śmierci męża, ale za to widzimy ją jako zrozpaczoną wdowę, dzielną matkę, a także kobietę pełną godności i dumy.
Podobał mi się sposób prowadzenia narracji - wydarzenia przedstawiane są w trzech płaszczyznach: kiedy pani Kennedy udziela wywiadu, podczas jej rozmowy z księdzem i do tego jako retrospekcje pojawiają się wydarzenia z zamachu i przygotowań do pogrzebu. Choć spodziewałam się więcej informacji o bohaterce to nie mogę powiedzieć, że film nie miał dobrych momentów - Natalie Portman stworzyła naprawdę wiarygodną kreację, to jedna z jej lepszych ról. Właściwie ona jedna przyciąga tu uwagę, nie można oderwać od niej wzroku, kiedy tylko pojawia się na ekranie. Jest kilka takich scen, które naprawdę chwytają za serce (kiedy próbuje wyjaśnić dzieciom, dlaczego tatuś nie wróci do domu, kiedy idzie w pochodzie za trumną męża), ale w gruncie rzeczy... No cóż, film nie zachwyca jakoś specjalnie. Jak najbardziej jest przyzwoity i do obejrzenia, ale nie ma uroku chociażby "Boskiej Florence". Ciekawe są przemyślenia bohaterki - jej refleksje na temat Boga, życia, jej duma i poczucie godności, głębokie przekonanie, że jej mąż zasługuje na najlepsze - to wszystko zmusza do refleksji, każe się zastanawiać nad tym, co my sami zrobilibyśmy w tej sytuacji. Problem chyba w tym, że poza kreacją Portman nie ma tu w sumie nic. Fabuła nie jest specjalnie ciekawa, polityczna sytuacja nie jest zbyt dobrze wyjaśniona, przez co (przynajmniej takiemu laikowi historycznemu jak ja) trochę ciężko się połamać bez zerknięcia w wikipedię. Muzyka (nominacja do Oskara) jest dobra, ale momentami nie pasuje do tego, co dzieje się na ekranie i, moim zdaniem, nie przebija soundtracku z "La La Land" czy "Lion. Droga do domu". Warto przyjrzeć się kostiumom, bo są naprawdę świetne - widać, że wiele uwagi poświęcono strojom pani Kennedy, które świetnie oddają jej charakter, ale też nastrój (nigdy nie widziałam tak idealnie pasującej do sytuacji sukni żałobnej, jest z jednej strony pełna elegancji, ale z drugiej aż bije od niej smutek), problem w tym, że w tym roku o Oskara w tej kategorii walczą chociażby "Boska Florence", gdzie kostiumy są absolutnie fenomenalne, czy "Fantastyczne zwierzęta" i "La La Land". O ile ten ostatni moim zdaniem z kostiumami z "Jackie" przegrywa, to dwa pierwsze tytuły absolutnie miażdżą.
Na dziś to ode mnie wszystko. Och, jeszcze coś - wiem, że wczoraj nie pojawiło się Top 10 i przepraszam, ale chcę się skupić na filmach nominowanych, aby oglądać transmisję wiedząc jak najwięcej o kandydatach. Obiecuję nadrobić!
Trzymajcie się ciepło!

środa, 8 lutego 2017

"Przełęcz ocalonych" czyli prawdziwa, (nie)prawdopodobna historia

Zrobiłam to. Zawzięłam się i mimo, że trwało to dwa dni obejrzałam "Przełęcz ocalonych" - film, który zrobił furorę wśród widzów, zebrał najlepsze recenzje, na filmwebie może poszczycić się oceną 8.3 - ogólnie cud, miód i orzeszki. Odstręczał mnie tylko jeden fakt - to film wojenny. NIE ZNOSZĘ filmów wojennych. Zazwyczaj nic nie mogę poradzić na to, że okropnie mnie nudzą. Postanowiłam jednak przełamać się - w końcu to historia inspirowana prawdziwymi zdarzeniami, za reżyserię wziął się Mel Gibson, przecież nie może być tak źle!
I faktycznie - źle nie jest. Powiedziałabym nawet, że jest dobrze. Historia jest ciekawa, film zrealizowany jest świetnie, sceny batalistyczne... No dobra, i tak mnie znudziły, ale w porównaniu z innymi, które widziałam, nie były tak chaotycznie zmontowane i przynajmniej cokolwiek było widać, więc stwierdzam, że również zrobione są porządnie. Ale o czym opowiada?
Desmond Doss to młody, wchodzący w dorosłość mężczyzna mieszkający w rodzinnej Virginii. Jest głęboko wierzący, często czyta Biblię i modli się. Jak sam mówi, pragnął być lekarzem, ale nigdy nie był zbyt dobry w szkole i nie miał odpowiednich kompetencji. Postanawia więc zaciągnąć się do armii - jednak jak pogodzić chęć walki z postanowieniem nieużywania broni?
Desmond to postać autentyczna. Mężczyzna już niestety nie żyje, ale podczas jednej akcji uratował życie 75 żołnierzom, poświęcając własne życie i zdrowie, nie bojąc się wracać choćby po jednego człowieka. Oglądanie jego historii było przyjemnością i czuję prawdziwy podziw względem jego osoby. Ale... Niestety, nie umiem ukryć tego, że jego zachowanie na początku przyprawiło mnie co najmniej o ból głowy i irytację. Poszedł do wojska, po czym ODMÓWIŁ wzięcia broni do ręki. Jasne, można powiedzieć, że miał do tego prawo - od początku pragnął być sanitariuszem i ratować ludzi, miast ich zabijać. Nie znam się na wojsku, może to wina mojej niewiedzy, ale czy naprawdę tylko ja uważam, że facet, który pcha się w wir bitew i wojny bez żadnego przeszkolenia z używania broni (równie dobrze mógł nawet nie wiedzieć jak ją odpowiednio chwycić, by nie wystrzeliła!) jest niebezpieczny dla siebie i otoczenia? Szanuję jego przekonania religijne, ale dla mnie to głupota. Nie zmienia to faktu, że był bohaterem, a także naprawdę odważnym człowiekiem.
Co mi jeszcze przeszkadzało? Cóż, "wojskowość", niestety. Standardowo mamy wojskowe gnojenie, wydzieranie się sierżanta, niezrozumienie dla głównego bohatera. Mam wrażenie, że to jest element, bez którego film wojenny nie będzie po prostu kompletny, tak okropnie często się pojawia. Ale kiedy się już przez niego przebrnie to naprawdę jest lepiej. Historia miłości Desmonda i jego żony Dorothy jest urocza, są sobie tak cudownie wierni i tak wspaniale w sobie zakochani... Aż do przesady momentami. Niektórzy zarzucają tej relacji nadmierną słodkość - no może odrobinę, ale mój wewnętrzny romantyzm jakoś mi to złagodził. Na zdecydowany plus muszę zapisać muzykę w drugiej części filmu - przykuwa uwagę, wzmaga dramatyzm scen i równocześnie doskonale pasuje do całości.
Całościowo? Nie podzielam zachwytów, ale nie żałuję poświęconego na film czasu. Czy rozumiem oskarowe nominacje? Cóż... Domyślam się, co takiego akademia dostrzegła w całej produkcji (historie bohaterów są przecież bardzo lubiane), a nominację dla Andrew Garfielda popieram w pełni - mnie osobiście kojarzył się dotąd głównie z "Niesamowitym Spider-manem", ale teraz chyba nieco zmienię skojarzenie. Czekam jeszcze na "Milczenie" z jego udziałem, bo również zapowiada się świetnie!
Ode mnie to wszystko na dziś! Jutro spróbuję obejrzeć "Jackie", choć nie obiecuję, że uda mi się to na pewno. Gorące pozdrowienia, trzymajcie się!

PS. Teraz zdałam sobie sprawę, że nie odniosłam się do tytułu, genialna ja. Dlaczego nieprawdopodobna? Bo dalej nie wierzę, że ten człowiek to wszystko przeżył! To wygląda tak niesamowicie, kiedy on ratuje kolejnych żołnierzy, że człowiek zaczyna podejrzewać, że to wszystko jedynie patetyczny wymysł reżysera. Nie wiem na ile to wszystko jest podkoloryzowane, ale wygląda doprawdy fantastycznie, a jest jak najbardziej prawdziwe.

wtorek, 7 lutego 2017

"Lion. Droga do domu", czyli pojednanie po latach

Kolejny film z oskarowej listy - swoją drogą w tym roku wyjątkowo ciężko cokolwiek znaleźć z polskimi napisami, więc ten film oglądałam w oryginale. Nie zniszczyło mi to jednak seansu - film przede wszystkim bazuje na emocjach i uczuciach, słowa są zaledwie dodatkiem.
"Lion. Droga do domu" to historia Saroo (Dev Patel, znany przede wszystkim ze "Slumdoga") - warto zaznaczyć, że prawdziwa historia! - który mając pięć lat przez przypadek wsiada do pociągu, który wywozi go kilkaset kilometrów od domu, aby swoją trasę zakończyć w ogromnej Kalkucie. Mały chłopiec jest przerażony i zagubiony, nie ma pojęcia ani jak się nazywa (poza imieniem), ani jak nazywa się jego wioska, mówi jedynie w języku hindi, który nie wszyscy rozumieją. Na początku żyje na ulicy, by jednak w końcu trafić do placówki opiekuńczej. Nie są to jednak najlepsze warunki - wychowanków jest wielu, jedzenia mało, opiekunowie są surowi i okrutni... Można powiedzieć jednak, że Saroo ma szczęście, ponieważ małżeństwo z Australii postanawia adoptować właśnie jego. Kilkuletni chłopiec z biednej wioski trafia w zupełnie inny świat, uczy się angielskiego i powoli przyzwyczaja się do nowego życia.
Ale to nie koniec. Mija dwadzieścia lat, a Saroo zdaje na kursy medyczne. Zwykłe pytanie "skąd pochodzisz" sprawia, że wracają wspomnienia o bracie, matce, rodzinnej wiosce i tym, co przeszedł. Od tej pory Saroo nie jest w stanie porzucić myśli o odnalezieniu domu, choć nie wierzy, by to w ogóle było możliwe. Targany przez sprzeczne tęsknoty nie ma pojęcia jakiego wyboru dokonać - z jednej strony chciałby odnaleźć rodzinę, by chociażby powiedzieć matce, że żyje, z drugiej zaś jest bardzo związany z adopcyjną mamą (Nicole Kidman) i boi się zranić jej uczucia. W końcu jednak postanawia odszukać swoją drogę do domu.
Film nie jest ani zaskakujący ani odkrywczy - historię można przewidzieć po samym opisie, jednak nie odbiera jej to ani trochę uroku. Film wciąga, ogląda się go z przyjemnością i, przede wszystkim, jest bardzo poruszający. Jak już pisałam - reżyser skupił się na przedstawieniu emocji bohaterów za pomocą obrazów i naprawdę przepięknej muzyki (bardzo słuszna nominacja do Oskara, soundtrack jest piękny!), a słowa używane są oszczędnie. Aktorsko to wszystko wygląda całkiem nieźle - nominowani Patel i Kidman wypadają całkiem dobrze, ona szczególnie w scenie szczerej rozmowy z synem. On w moich oczach wyróżnił się w końcowej scenie pojednania z rodziną - świetnie wyszło mu pokazanie targających bohaterem skrajnych emocji. Zdjęcia Kalkuty robią wrażenie, a sceny retrospekcji Saroo są właśnie w tych momentach, kiedy być powinny - nie są za długie, nie wydają się niepotrzebne, ot wydają się być prawdziwymi wspomnieniami.
Czy jest to arcydzieło? Nie przesadzałabym... To całkiem przyzwoicie zrobiona historia życia jednego mężczyzny, poruszająca przy okazji problem zagubionych na terenie Indii dzieci (jeśli wierzyć napisom po filmie jest ich około 800 tysięcy rocznie). Jest tu wzruszenie, ludzkie problemy i rozterki, choć nie ma może zbyt wielu wątków pobocznych, ale to też ma swój urok - dzięki temu akcja nie jest rozwleczona. Myślę jednak, że warto obejrzeć ten film, kiedy chce się odpocząć od efektów specjalnych, wybuchów i eksplozji.

piątek, 3 lutego 2017

"Nowy początek" czyli lingwistyczna zagadka

Przyznaję szczerze - w momencie, kiedy ten film pojawił się w kinach kompletnie nie miałam ochoty go oglądać. Zainteresowanie nie było zbyt wielkie a produkcja nijak mnie do siebie nie przyciągała, więc po prostu przeszłam nad nią do porządku dziennego. Kiedy spojrzałam więc na listę nominacji do Oskara i zobaczyłam "Nowy początek" jako jedną z pozycji przeżyłam lekki szok. No ale dobrze, pomyślałam, zobaczmy, co nam zafundował Denis Villeneuve.
Wybitna lingwistka Louise (Amy Adams) dostaje propozycję nie do odrzucenia - wojsko oferuje jej pomoc przy porozumieniu się z kosmitami, którzy przysłali na Ziemię dwanaście swoich statków, ulokowanych w różnych miejscach globu. Każde państwo, na terenie którego pojawił się pojazd, działa niejako autonomicznie, USA chce przede wszystkim dowiedzieć się jaki jest cel wizyty. Pomóc ma jej fizyk Ian (Jeremy Renner). Już podczas pierwszej wizyty okazuje się, że zadanie będzie trudne - kosmici porozumiewają się za pomocą znaków, tak więc by ich zrozumieć trzeba się naprawdę napracować...
Wiele osób zachwyca się faktem, że film nie bazuje tylko i wyłącznie na efektach specjalnych. Muszę się z tym zgodzić, bo faktycznie są one ograniczone do minimum i głównie służą tylko i wyłącznie popchnięciu fabuły do przodu. Ja zaliczam ten fakt na plus, ale niestety cała reszta... Aktorzy się bronią, choć mam wrażenie, że miewali już swoje lepsze role. Cały plot twist jest może i ciekawy, ale bardzo źle poprowadzony i jeszcze gorzej nakreślony. Film niedostatecznie dobrze wyjaśnia kwestie lingwistyki (dla mnie jest to akurat temat obcy), przez co jedyne co mogę powiedzieć to "aha, ok", kiedy poznajemy kolejne objawienia głównej bohaterki. Po raz kolejny mamy też film, który bawi się czasem, przedstawia go jako nielinearny, ale z drugiej strony mam wrażenie, że jest to zrobione okropnie niechlujnie - z jednej strony obcy widzą czas inaczej niż my, z drugiej film sugeruje, że przyszłość jest tylko jedna i niezależna od naszych wyborów. Ostatecznie bohaterka staje przed wyborem i, moim zdaniem, wybiera naprawdę najgorszą i najgłupszą możliwą opcję. Dlaczego? NIE MAMY POJĘCIA. Film ani przez moment nie wyjaśnia, dlaczego Loise podejmuje taką a nie inną decyzję, co nią kieruje, jakie ma motywacje? To sprawia, że nie dość, że nie możemy jej zrozumieć, a tym samym jakkolwiek uszanować jej wyboru, to jawi nam się on jako kompletnie nieważny.
Plus... Wybaczcie, muszę. UWAGA SPOILER! Kiedy Louise chce przekonać Chiny, by nie atakowały obcych powtarza chińskiemu generałowi słowa, które wypowiedziała jego umierająca żona. Powtarza jest w jego rodzinnym języku i tu pojawia się mój zarzut - nie mam pojęcia, czy to moja wersja, czy tak było też w kinowej, ale nie ma tłumaczenia tego, co mówi Louise! Nigdy się nie dowiadujemy, co przekonało generała i dlaczego! To sprawia, że musimy uwierzyć filmowi na słowo, a to okropne uproszczenie ze strony scenarzystów. Nie mam pojęcia, jak to wygląda w książce, na podstawie której jest film, ale tutaj to nie zdało egzaminu.
Film oceniam na 5/10 ze względu na liczne uproszczenia i niedostateczne wytłumaczenie wątków. To tak, jakby "Interstellar" nie wyjaśniał nam swoich astrofizycznych teorii, tylko kazał uwierzyć na słowo. Absolutnie nie rozumiem nominacji do głównej nagrody oskarowej, ze względu na scenariusz... Ciężko mi powiedzieć, nie zachwycił mnie jakoś specjalnie. Scenografia moim zdaniem ustępuje zarówno "Fantastycznym zwierzętom" jak i "La La Land", zdjęcia są porządne, ale czy wybitne? Ogólnie... Cóż, film nie zapadnie mi pewnie bardzo w pamięci i raczej szybko o nim zapomnę, nie rozumiem zachwytów.

czwartek, 2 lutego 2017

Top 10 najgorszych tekstów klientów

Dziś nieco nietypowo. Planowałam (i w sumie mam w połowie przygotowane) zestawienie najlepszych horrorów... Ale dzisiejszy dzień w pracy tak mnie zabił, że postanowiłam nieco zmodyfikować swoje plany. Oto więc przed wami! Jedyne i niepowtarzalne! Top 10 najbardziej bezczelnych, denerwujących i chamskich tekstów, jakimi na co dzień raczą nas klienci! Może zobaczycie wśród nich coś, co sami stosujecie... Wiedzcie wtedy, że są to rzeczy, które kasjera doprowadzają do szału i lądujecie na czarnej liście.

10. "Ja poproszę popcorn z mniejszą ilością soli"
Pozornie - nic w tym złego. Tylko, że to zazwyczaj pada w weekend, kiedy kolejki ciągną się aż do drzwi. I wtedy pojawia się problem - czy naprawdę ktoś sądzi, że zrobimy specjalną porcję popcornu dla jednej osoby? No niestety, nie ma takiej opcji. Ja osobiście daję potencjalnemu klientowi spróbować produkt - uwierzcie, że zazwyczaj o dziwo smakuje i nie ma problemu. Więc czy nie lepiej od razu poprosić o próbkę?

9. "Dlaczego tak mało?!"
Awantury o to, dlaczego nakładamy tak mało popcornu/nachosów są absolutną normą. Pragnę więc zaznaczyć, że nie robimy tego z wrodzonej złośliwości, tylko mamy takie właśnie wytyczne! Ciekawostka - mamy na koniec miesiąca bardzo dokładną inwentaryzację. Sprawdzamy między innymi ilość nachosów, jako, że każda tacka ma mieć określoną wagę. Wiecie, co się dzieje, kiedy są straty? Trzeba za nie zapłacić. Kto płaci? Pracownicy, oczywiście. Tak więc jeśli uważacie, że czegoś jest za mało a. nie kupujcie, b. napiszcie skargę do centrali. I nie zadręczajcie tym kasjera, bo poważnie - co mamy odpowiedzieć?

8. "Czy jak mam rezerwację to muszę stać w kolejce?!"
Ja dalej nie wierzę, że to zdanie pada. Średnio co piąty klient w weekend o to pyta, oczywiście wysoko urażonym tonem i z miną świadczącą o głębokim zranieniu. Ja rozumiem, że nikt nie lubi stać w kolejkach. Poważnie, wiem. Ale skąd przekonanie, że rezerwacja automatycznie nominuje cię na VIPa? Rezerwacja daje ci możliwość wcześniejszego zajęcia miejsc, a nie bycia obsłużonym poza kolejką. Może jeszcze osobne wejście do sali? Naprawdę po szóstej godzinie za kasą odechciewa się bycia miłym, wiec kiedy się słyszy coś takiego jedyne co się ciśnie na usta to "tak, k*rwa".

7. "A czy pani mi może zarezerwować miejsca w X?"
W moim mieście kina mojej sieci są dwa. Oddalone od siebie bagatela o jakieś 15 kilometrów. Nie mam pojęcia dlaczego ludzie uznają nas za jakąś jedną całość, jakbyśmy byli bliźniętami, które mogą się telepatycznie komunikować, w każdym razie zadziwiająco często otrzymujemy pytanie, czy nie moglibyśmy może zamówić/sprzedać biletów do drugiego kina. Ludzie, my nawet repertuar mamy inny! Skąd to się bierze? Przecież jak się idzie do Pizzy Hut i zamawia pizzę to nie oczekuje się, że podadzą ją w drugim lokalu!

6. "Płacę to wymagam!"
Sądzę, że to doprowadza do szału nie tylko w kinie, ale też w restauracjach czy supermarketach. Nie muszę chyba tego wyjaśniać - to jest zwyczajnie chamskie i pełne buty, sprowadza automatycznie osobę obsługującą do roli podnóżka, sługi, który ma pana zadowolić za wszelką cenę. Jasne, że płacisz, wcale nie mało bardzo często. Ale to nie oznacza, że ci się należy wszystko (patrz punkt 8). Płacisz za towar, jeżeli go otrzymujesz to nie masz żadnego prawa do marudzenia. Awanturowanie się, że popcorn jest zimny, kiedy się go kupiło 40 minut temu, albo że ciasto jest paskudne, kiedy się je skończyło jeść naprawdę... Nie stawia w dobrym świetle.

5. "Dlaczego tak drogo?!"
To jest pytanie stare jak świat i dalej nikt nie odkrył, jaka jest na nie odpowiedź. Nie zdziwię was chyba, jeśli powiem, że to nie kasjer ustala ceny - jednak ludzie bardzo często o tym zapominają i wydzierają się na nas, oburzeni faktem, ile pieniędzy muszą u nas zostawić. Nie twierdzę, że bilety czy popcorn są tanie. Ale ja nic na to poradzić nie mogę. A swoją drogą to często powalają mnie ludzie, którzy najpierw wezmą dla każdego członka rodziny osobny popcorn (kiedy dużo lepiej byłoby kupić jeden większy), dodatkowo napój, dodadzą jeszcze jakieś słodycze... I potem zdziwienie, że rachunek na dwie stówy. Ciekawe za co...

4. "Ale ja jadę z S!"
Tak. Ludzie naprawdę cholernie często uważają, że należy im się specjalne traktowanie, bo jadą z sąsiedniej miejscowości (swoją drogą oddalonej o jakieś piętnaście minut). Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale tylko dzisiaj usłyszałam to trzy razy.

3. "Dlaczego pani mi nie chce zrobić rezerwacji w czasie przedsprzedaży?!"
Jest taka zasada, że kiedy prowadzona jest przedsprzedaż na jakiś film to nie rezerwujemy miejsc na dany seans. Klient może zakupić dowolną liczbę biletów w kasie lub przez internet, ale nie ma mowy o rezerwacji. Powtarzamy to niestrudzenie za każdym razem a mimo to wciąż i wciąż ludzie mają o to pretensje. To naprawdę nie jest nasz wymysł, lecz dystrybutora, który tak a nie inaczej sobie zażyczył! Czas przedsprzedaży też zależy od niego (w przypadku Greya to już jest chyba miesiąc).

2. "Kto panią zatrudnił?!"
. . . O mój Boże, aż mi ciśnienie skoczyło, kiedy to napisałam. Naprawdę, nie wyobrażam sobie chyba bardziej chamskiego tekstu. Stoi przede mną kompletnie obcy mi człowiek, którego widzę pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz w życiu. I właśnie on będzie oceniał moją pracę. Będzie oceniał, czy ruszam się dostatecznie szybko, czy nie wykonuję zbędnych ruchów, jak nakładam jego cholerne jedzenie i czy przypadkiem nie nalałam mu mililitr picia za mało. To jest zachowanie tak pozbawione empatii i ludzkich odruchów jak tylko się da. Nie mówiąc już o tym, że często coś nie jest moją winą - jeśli zacięła się drukarka do biletów to niestety nie mam odpowiedniej wiedzy, żeby ją naprawić i choćbym stanęła na rzęsach nie dam rady tego zrobić. To i tak jest dla mnie stres - nie muszę jeszcze słyszeć, jak bardzo beznadziejna jestem.

1. "Przecież ja miałem rezerwację!"
Mój absolutny numer jeden. Już wyjaśniam dlaczego. Kojarzycie ten mail, który potwierdza dokonanie rezerwacji? Tam jest taka przyjemna informacja "prosimy odebrać rezerwację minimum 30 minut przed rozpoczęciem seansu. Rezerwacja może zostać później usunięta". I przyznaję - zazwyczaj tego nie robimy. Naprawdę nie. Ale kiedy na dany film są tłumy, sala zajęta rezerwacjami, a w kolejkach wciąż ludzie, którzy chcą kupić bilety z marszu... Wtedy się zdarza. I tak zazwyczaj robimy to maks 10 minut przed seansem. Mimo wszystko zdarzają się ludzie, którzy wpadają pięć minut po rozpoczęciu filmu i z wrzaskiem oznajmiają mi, że przecież oni mieli rezerwację, dlaczego nie ma ich miejsc?! To zazwyczaj łączy się z punktem 4, ale często też pada inne zdanie - "przecież jeszcze lecą reklamy, dlaczego skasowaliście rezerwację?" Naprawdę, to jest coś, na co do dzisiaj nie znalazłam odpowiedzi.

I proszę bardzo! To jest właśnie moje zestawienie absolutnie najgorszych rzeczy, jakich przyszło mi słuchać. Czuję, że dziś nadrobiłam moje ostatnie lenistwo, tak więc zadowolona odmeldowuję się i zostawiam was z zapowiedzią rychłej recenzji "Nowego początku"!
Trzymajcie się!

środa, 1 lutego 2017

"Split" czyli wiele osobowości jednego filmu

Wczoraj dramat, dziś wycieczka do kina z bratem. Młody wybrał nam "Split" - psychologiczny thriller w reżyserii Shyamalana. Cóż... Osoba reżysera nie wiem, czy bardziej mnie odrzucała czy zachęcała - z jednej strony to autor "Szóstego zmysłu", który ogromnie mi się podobał... Z drugiej on zgwałcił "Ostatniego władcę wiatru", a to jest niedopuszczalne. Szłam więc na seans pełna złych przeczuć i nadziei równocześnie, targana kompletnie sprzecznymi emocjami.

Kevin (James McAvoy) nosi w swoim ciele 23 osobowości. Każda z nich jest zupełnie inna, ma inne poglądy i nawyki. Problem pojawia się, kiedy dwie z nich, dotąd tłumione zaczynają dominować i chcą dopuścić do głosu 24. osobowość - Bestię. Dennis (osobowość typowego pedanta z nerwicą natręctw, którego słabością są nagie, tańczące dziewczyny) porywa trzy nastolatki, by stały się Świętym Pokarmem dla Bestii. Przez cały film obserwujemy kilka osobowości Kevin - wspomnianego już Dennisa, Barry'ego (nieco ekscentrycznego geja, zafascynowanego modą, który do tej pory trzymał w ryzach wszystkich swoich "braci"), panią Patricię (. . . Ok, przyznaję się, ona mnie przerażała ze swoim dobrotliwym uśmiechem... Zwłaszcza, że wcale miła nie była) czy Hedwiga (dziewięcioletniego chłopca, który nie chce, by ktokolwiek więcej się z niego śmiał). Niektórzy narzekają, że jest ich za mało, ale ja zawsze uważam, że lepiej się skupić na kilku rzeczach i zrobić je porządnie niż po łebkach omówić ich milion. McAvoy radzi sobie świetnie - każda z osobowości zagrana jest zupełnie inaczej, po samej mimice aktora można poznać, z kim aktualnie mamy do czynienia. Gorzej wypadają porwane dziewczęta - najważniejsza jest Casey (Anya Taylor-Joy), która w sumie jest tam przez przypadek i to na niej skupia się film, pokazując kolejne retrospekcje z jej dzieciństwa. Sama aktorka... No cóż, drażniła mnie okrutnie. Ona wciąż ma tę samą minę, nieważne w jakiej sytuacji się znajduje! Jej postać jest najbardziej racjonalna ze wszystkich dziewczyn i momentami jej zachowania są całkiem sprytne (kiedy na przykład próbuje zaprzyjaźnić się z Hedwigiem, aby pomógł jej uciec), ale absolutny brak mimiki i gry aktorskiej nie pomaga jej polubić.
Koniec filmu jest dość przewidywalny, ale nie oszukujmy się - nie chodzi tu o zwroty akcji czy zaskoczenie tylko o psychologię postaci. Całość podsuwa nam pytania - czy kolejne osobowości to osobne istoty? Na ile są niezależne? Czy możliwe, że jest to wyższy stan ewolucji, lepsze wykorzystanie ludzkiego mózgu? Na ile powinno się tępić osobowości, a na ile pozwolić im "żyć" samodzielnie? I choć Bestia jest przedstawiona jako wcielone zło to po zakończeniu filmu pytania pozostają, reżyser nie odpowiada na nie wprost. Przecież nie każda osobowość Kevina była okrutna, on sam również nie był raczej złym człowiekiem - jedynie przeżył traumę, która wyzwoliła w nim to zaburzenie. Czy więc powinno się zabić ich wszystkich, czy może pozwolić żyć? Wszak nie da się wyeliminować tylko tych "złych" - zawsze jest możliwość, że "staną one w świetle".
Co muszę jeszcze podać na minus - żałuję, że film nie dał nam szerszej "genezy" tożsamości. Dowiadujemy się jak powstał Dennis, ale cała reszta pozostaje zagadką. Szkoda, bo to byłoby ciekawe, do czego Kevin potrzebował takich a nie innych konkretnych cech.
Muszę powiedzieć, że byłam mile zaskoczona. Choć całość ma wady to jest to coś nowego i świeżego, tematyka jest raczej dość oryginalna (przynajmniej ja nie trafiłam chyba na podobną produkcję). W każdym razie - 7/10, naprawdę warto obejrzeć, nawet jeśli młode aktorki są kłodami drewna.

"Słodki listopad" czyli płacz, płacz i jeszcze raz płacz

Kiedy mój chłopak wybiera filmy to są dwie opcje - albo film sprawia, że płaczę, albo jest wojenny i wtedy się nudzę. Tym razem mieliśmy pierwszą opcję... Sama prawdopodobnie nigdy bym na niego nie trafiła, bo sam opis kompletnie mnie nie pociągał, ale nie żałuję, że go obejrzałam.

"Słodki listopad" opowiada o pracoholiku Nelsonie (Keanu Reeves), który teoretycznie ma wszystko - pieniądze, świetną pracę, piękną narzeczoną. Jednak tak naprawdę nie żyje w pełni - pieniądze nie mają dla niego znaczenia, praca jest całym jego życiem, nie docenia ukochanej. Kiedy więc spotyka szaloną i spontaniczną Sarę (Charlize Theron) zupełnie się nie dogadują. Kobieta proponuje mu, by został jej Listopadem - ma z nią zamieszkać na miesiąc, a ona pomoże mu zacząć cieszyć się każdym dniem. Początkowo mężczyzna jest sceptyczny - sami musicie przyznać, że pomysł brzmi co najmniej ekscentrycznie. Zgadza się jednak, kiedy jego dziewczyna odchodzi a z pracy go wyrzucają.
Choć łatwo się domyśleć, co z tego wyniknie - początkowa niechęć przeradza się w ogromne uczucie - całość przedstawiona jest dość uroczo. Początek jest dziwny, zwłaszcza zachowanie Sary wydaje się irracjonalne, kobieta bowiem jest wręcz zbyt szalona i narwana, jej reakcje są przesadnie entuzjastyczne. Nieco nierealne jest też to, jak łatwo oboje wchodzą w bliskość fizyczną i emocjonalną - w ciągu kilku godzin od obcych przechodzą do bycia kochankami. Tak jak jednak pisałam - jest uroczo, przyjemnie się ogląda jak bohaterowie zakochują się w sobie. Jednak po początkowej sielance zaczynamy dostrzegać, że nie wszystko jest idealnie - Sara zaczyna coraz gorzej wyglądać, zachowuje się dziwnie, jest wciąż zmęczona (świetna Theron, naprawdę zagrała to bardzo przekonująco). Nie trzeba dużo sprytu, by zrozumieć, że jest poważnie chora...
Film jest absolutnym gwałtem na emocjach i uczuciach widza - tak bardzo ostatnio płakałam na "Love story" bo to film w bardzo podobnym stylu - prosto, konkretnie i potwornie smutno. O ile początek nawet trochę mnie nudził (przeszkadzało mi trochę, jak bardzo to jest nierealne, że dwójka obcych staje się tak sobie bliskimi tak szybko), tak końcówka rozwaliła mnie na łopatki i zostawiła łkającą przez następne piętnaście minut. Nie, nie jest to wybitna kinematografia, ale bywa zabawnie i sądzę, że wielu paniom się spodoba. A i ponowie znajdą tu coś dla siebie. Ogólnie to 7/10.